Marek Nasiadka PHOTOGRAPHY

Ze starego albumu (6) – Piotr Przywara (1865 – 1955)

Piotra Przywarę, pochodzącego ze Świeciechowa nad Wisłą wspomina jego wnuk - Edmund Zenon Zwolski, który wyraził zgodę na tę publikację. Tekst i zdjęcia są własnością rodziny Zwolskich - kraśnickich lekarzy. Tekst jest przyczynkiem do historii Świeciechowa, Annopola i Kraśnika i może zainteresować historyków, regionalistów, krajoznawców oraz wszystkich, których interesuje historia.

 

Wspomnienia o Piotrze Przywarze bohaterze ziemi kraśnickiej

Człowieka trzeba mierzyć miarą serca
(z przemówienia JPII)
__________________________________________________

Edmund Zenon Zwolski

Niech wspaniałe świadectwa miłości Ojczyzny, bezinteresowności i heroizmu, jakich mamy wiele w naszej historii, będą wyzwaniem do zbiorowego poświęcenia wielkim narodowym celom (z przemówienia JPII w Parlamencie 11.06.1990)
 

Wspomnienia o Piotrze Przywarze, wielkim patriocie, społeczniku i poecie.

            Dnia 10 listopada 1909 roku w nadwiślańskiej wiosce Świeciechów zjawili się carscy żandarmi. Dokonali rewizji w dwóch obejściach należących do podejrzanych o działalność wywrotową Antoniego Palucha i Piotra Przywary. U tego ostatniego znaleziono części do rewolweru Browning, statut PPS frakcja rewolucyjna oraz nielegalne broszury. Obydwaj byli pod obserwacją carskich agentów, jako podejrzani o przynależność do organizacji wywrotowej.  Podejrzenie „ochrany” wzbudziły też częste wyjazdy obydwu do Krakowa. W Galicji był w tym czasie najlepszy klimat dla działań patriotycznych. W Archiwum Państwowym w Lublinie zachowały się akta Żandarmerii Guberni Lubelskiej napisane w języku rosyjskim i zaopatrzone pieczęcią z datą 29.12.1909 roku. W protokole znalazły się zeznanie niejakiego Jana Ścibora, syna Józefa, prawdopodobnie współpracownika carskiej policji, który obciążył obydwu aresztowanych.  Piotr Przywara nazajutrz po aresztowaniu został przesłuchany w siedzibie carskiej żandarmerii przez rotmistrza Gudima, który napisał w protokole zeznania:
Nazywam się Piotr s. Pawła, Przywara, 44 lata, wyznania rzymsko-katolickiego. Jestem chłopem ze wsi Świeciechów gm. Annopol, pow. Janowskiego. Urodziłem się we wsi Świeciechów w 1865 roku Obecnie mieszkam w Świeciechowie. Uprawiam rolę. Posiadam własną ziemię. Jestem żonaty z Marianną l.36 z domu Kopeć. Mam synów Józefa 14 lat, Teofila 11 lat, Konstantego 9 lat, Jana 6 lat, córki: Bronisławę lat 17 panna i Helenę 1 rok. Wszyscy mieszkają ze mną. Rodzice zmarli. Uczyłem się w nauczycielskim seminarium w Solcu, które opuściłem w 2-giej klasie „po niesposobnosti”. Uczyłem się na koszt rodziców. Za granicą byłem w miesiącu sierpniu br. w mieście Krakowie, gdzie leczyłem się. Razem z Antonim Paluchem pojechaliśmy do lekarza, ponieważ obydwaj jesteśmy chorzy.
Podczas śledztwa obydwaj przyznali się, że 25 sierpnia 1909 roku byli w Wiedniu na XI Zjedzie PPS, ale tłumaczyli się, że byli tam jako wolni słuchacze, a nie delegaci. Co do znalezionych o niego części do rewolweru Piotr Przywara tłumaczył się, że dostał je od jakiegoś człowieka z Warszawy nazwiskiem Kosmulski, który zaproponował mu kupno broni, ale chciał za browning 25 rubli. Było to za drogo i rewolweru nie kupił. Części do browninga Kosmulski zapomniał zabrać. Mimo braku pewnych dowodów Piotr Przywara został uznany za niebezpiecznego dla ustroju i zesłany na Syberię.
            Przed opowiedzeniem o dalszych losach mojego dziadka Piotra Przywary chciałbym napisać co skłoniło mnie do opisania tej historii.
            Poznając historię stajemy się świadomi własnej tożsamości. Mam na myśli dzieje przodków- ludzi, którzy poprzez swoje życie wpłynęli na nasze istnienie.
           Szczególnie interesowało mnie życie mojego dziadka Piotra Przywary. Był on dla mnie w okresie mojego dzieciństwa i młodości niebywałym autorytetem. Przywiązałem się do niego dzięki chwilom, w których uparcie wpajał mi zamiłowanie do wiedzy i uczył sposobu patrzenia na otaczający mnie świat. Podczas wspólnych spacerów po polach i lasach nauczyłem się obserwować przyrodę, nazwy ziół, obyczaje zwierząt.
           Głównym powodem spisania wspomnień było jednak ciekawe życie dziadka, zaangażowanie w działalność patriotyczną i społeczną. Za to zaangażowanie zapłacił szykanami ze strony carskiej policji, cierpieniem, wieloletnią rozłąką z rodziną i Ojczyzną. Jego życie toczyło się na przełomie XIX i XX wieku. Dzieciństwo i młodość Piotra przypadły na czas po przegranym Powstaniu Styczniowym. Rdzennie polskie ziemie będące pod zaborem rosyjskim nazwane zostały „Krajem Prywiślańskim”, podzielonym na wzór rosyjski na gubernie, zarządzane przez carskich namiestników. Język polski wyrugowano całkowicie ze szkół i urzędów.
            Wielką stratą jest fakt, że nie zachowały się pamiętniki dziadka. Osobiste zapiski z jego życia oraz zbiór poezji przepadły bezpowrotnie po II wojnie światowej, gdy dziadek wysłał je do redakcji "Sztandaru Ludu" w Lublinie. Członkowie redakcji uznali je widocznie za niezgodne z ideologią PPR. Dziadek wystosował pismo z prośbą o ich zwrot, ale wszystkie znikły bez śladu, prawdopodobnie zostały skonfiskowane. W zbiorach rodzinnych zachowały się jednak niektóre dokumenty oraz listy przysyłane przez dziadka z zesłania na Syberię.

Świeciechów

Wpierw warto nakreślić miejsce, w którym zaczyna się moja historia. Nadwiślańska wieś Świeciechów, położona nieopodal Annopola, to miejsce, w którym od niepamiętnych czasów mieszkała rodzina moich przodków po kądzieli Przywarów oraz rodzina przodków po mieczu Od pra-pra dziada Marcina Zwolskiego i jego syna Jana. Świeciechów leży na skraju pradoliny Wisły i Wyżyny Lubelskiej. Od pradziejów był zamieszały, o czym świadczą wykopaliska z tego regionu, narzędzia i wyroby garncarskie jeszcze z czasów neolitu. Znaleziono tutaj kopalnie krzemienia służącego do wyrobu narzędzi, był to drugi obok Krzemionek Opatowskich zespół kopalni tego cennego surowca do wyrobu toporów, noży i grotów strzał. Jak napisała A.Zakościelna („Regionalista” nr15), w 1923 roku prof. Jan Samsonowicz odkrył krzemienie szare na polach Świeciechowa i nadał im nazwę kamień szary biało nakrapiany, z czasem nazwany przez archeologów krzemieniem świeciechowskim. Odznacza się on bardzo dobrą łupliwością i świetnie nadawał się do produkcji narzędzi przez ludzi pierwotnych. Największy rozkwit kopalnia świeciechowska przeżywała 5000 lat temu, a więc po epoce lodowcowej, a produkowane przez niego długie noże i siekiery rozchodziły się nawet na odległość 400km. Świeciechów to jedna z najstarszych osad średniowiecznych na terenie Małopolski. Pierwsze historyczne źródła na temat Świeciechowa pochodzą z 1221 roku, kiedy książę Leszek Biały nadał wieś klasztorowi Sulejowskiemu. Są też wzmianki o istnieniu kaplicy na terenie Świeciechowa w 1223 roku. Jan Długosz wspomina o drewnianym kościele pod wezwaniem św.Mikołaja i św.Małgorzaty, który w XIV wieku był siedzibą parafii w kapitule krakowskiej. Spłonął on od uderzenia pioruna w 1764 roku. W tymże roku został wybudowany kościół murowany i konsekrowany przez biskupa Kajetana Sołtyka. W 1818 roku parafia w Annopolu została zlikwidowana z powodu braku funduszy i została włączona do parafii Świeciechów. W celu odprawiania nabożeństw do Annopola dojeżdżali księża z parafii Świciechowskiej. Stan taki trwał do 1886 roku, kiedy dzięki fundatorce żonie Michała Morsztyna, została erygowana parafia w Annopolu.
Uważam, iż piękna jest rodzinna wieś mojego dziadka i moja również. Jak napisał Adam Mickiewicz „Kraj lat dziecinnych! On zawsze zostanie święty i czysty jak pierwsze kochanie”.
Mój ojciec Józef Zwolski w swoich pamiętnikach napisał tak o Świeciechowie:
Urodziłem się 15.06.1910 w nadwiślańskiej wsi Świeciechów,  jako szóste dziecko, potem przybyło jeszcze 2 braci i 2 siostry, w domu w którym mieszkają obecnie Halina i Sławek  Śliwińscy. Od gościńca rósł wielki kasztanowiec, który latem osłaniał dom od upałów, od sąsiadów zasłaniało kilka akacji i wierzba. Wieś liczyła 250 gospodarstw i była jedna z najbogatszych wsi na terenie Gminy Annopol. Główną produkcją rolną był jęczmień, który skupowali żydowscy kupcy, spławiali Wisłą do Gdańska, a następnie sprzedawali zwłaszcza do Francji i Anglii. Piękna jest moja rodzinna wioska. Najładniejszy widok rozpościera się ze wzniesienia od strony Annopola. Po lewej stronie widać Wisłę ze stromym przeciwległym brzegiem, poprzecinanym jarami. Na prawo ciągnie się nizina szerokości 1-2 km, skrajem prowadzi droga z zabudowaniami, dalej wznoszą się górą pola uprawne, a jeszcze dalej las. Drzewostan mieszany z przewagą sosnowego. W lesie było w bród jagód, grzybów i zwierzyny (sarny, lisy, zające). Droga była gruntowa, na wiosnę i jesienią przejezdna tylko furmanką. Do powiatu w Janowie było 60km, do stacji kolejowej w Kraśniku 35km.W okresie odbywania służby wojskowej pieszo chodziłem z dworca kolejowego nocą, gdyż pociąg przyjeżdżał wieczorem. Od strony Wisły tereny były zalewane wodą. Stanowiły je pastwiska, ogrody oraz podmokłe kały obrośnięte tatarakiem i sitowiem, ścinanym w okresie lata przez brodzących w mule wieśniaków. Ryby łowiono przy pomocy saków i wiklinowych koszyków. Gdy łąki były suche pasły się na nich krowy i konie. Jako chłopak z kolegami dosiadaliśmy koni na oklep i ścigali się na nich. W obrębie folwarku w Świeciechowie Poduchownym, którego właścicielem był Szulc, leżało jezioro. Z jeziora wypływała rzeka bez nazwy, zwana po prostu Rzeką. Wisła występowała z brzegów czasem kilkakrotnie w ciągu roku, dochodząc do samej wsi. Bywało, że woda wzbierała niespodziewanie i bydło trzeba było spędzać wpław. Gdy woda wylała tworzyła jakoby wielkie jezioro, dzieci miały frajdę pływając po nim na drewnianych baliach i korytach, odpychając się od dna kijem.
Zabudowana była głównie wschodnia strona drogi. Za budynkami była polna droga zwana „zagoniem” a za drogą w górę aż do lasu ciągnęły się pola, na których uprawiało się zboża i ziemniaki. Po zachodniej stronie gościńca aż do oddalonej o 2 kilometry Wisły rozciągała się pradolina Wisły – nizina stanowiąca teren zalewowy. Tu były łąki, pastwiska a na nieco wyżej położonym terenie – pola na których uprawiało się głównie buraki. Pośrodku między wsią a Wisłą płynęła rzeczka bez nazwy, zwana po prostu „rzeką”. Przy drodze od strony pradoliny Wisły były tylko nieliczne zabudowania - w miejscach do których w czasie powodzi woda nie docierała.
 
 

Annopol

Świeciechów leżał w obrębie gminy Annopol ówcześnie powiatu Janowskiego. Historia Annopola nierozerwalnie związana jest z dziejami wsi i majątku Rachów. Miasto lokowali na gruntach wsi Rachów na początku XVIII wieku ówcześni dziedzice majątku - Morsztynowie. Nowa nazwa nie przyjęła się jednak i miasto powszechnie nazywano Rachowem. W Annopolu przeważała ludność żydowska, która zajmowała się głównie handlem zbożem i bydłem, karczmarstwem, rzemiosłem i lichwą. Osada w pobliżu brodu na Wiśle na szklaku kupieckim rozwijała się dzięki handlowi, jak podają źródła historyczne otrzymała przywilej królewski na 6 jarmarków rocznie. Na jarmarki ściągała licznie ludność nie tylko z okolicznych wsi Świeciechowa, Opoki, Grabówki, ale także z dalszych okolic. Przyjeżdżali kupcy i rzemieślnicy nawet z odległych miast. Po I wojnie światowej Annopol stał się siedzibą władz gminnych i ważnym ośrodkiem handlowym. Odbywały się tu jarmarki, a w każdy czwartek co tydzień targ. Obszerny rynek zapełniam się straganami i chłopskimi furmankami. Gwar, mrowie ludzi, pełno brodatych Żydów. Żydzi stanowili większość mieszkańców, opanowali handel i rzemiosło. Ciągnęli na targ furmankami przez Świeciechów, dopytując się „Czy daleko jeszcze do Rachowa?”. Powszechnie posługiwano się taką nazwą miasteczka. Mieszkańcy Świeciechowa także mówili, iż jadą na targ „do Rachowa”.

Kraśnik

Dla mieszkańców nadwiślańskich wsi najbliższym miastem był oddalony o 30 km Kraśnik. Natomiast powiatowym miastem był Janów odległy ponad 60 km. Tam załatwiało się sprawy urzędowe, tam odbywał się pobór rekrutów do wojska. Powiat w Kraśniku został utworzony w czasie II wojny światowej. Kraśnik położony przy dawnym szlaku prowadzącym ze Śląska do Kijowa już w 1377 r. uzyskał prawa miejskie ale po Powstaniu Styczniowym w ramach represji carskich je utracił. Sytuacja poprawiła się kiedy w 1915 roku wybudowano w pobliżu miasta linię kolejową Lublin-Rozwadów. Po odzyskaniu niepodległości Kraśnik na nowo otrzymał prawa miejskie, a gdy w latach 1937–1938 w ramach Centralnego Okręgu Przemysłowego w lesie Budzyń wzniesiono zakład zbrojeniowy, znaczenie Kraśnika znacznie wzrosło. Nie bez znaczenia było też skoszarowanie w obrębie miasta 24-Pułku Ułanów. Jednostka ta o chlubnej tradycji, wywodziła się z 214 ochotniczego pułku. Rodowód pułku sięga 6 lipca 1920 roku, kiedy to pułkownik Tadeusz Żółkiewski z rozkazu generała Józefa Hallera przystąpił do organizowania Małopolskiej Brygady Jazdy Ochotniczej. Pod koniec grudnia 1920, po zakończeniu działań wojennych, 214 Pułk Ułanów Armii Ochotniczej w uznaniu wartości bojowych został przemianowany na 24 Pułk Ułanów i stał się częścią regularnej armii. Od 4 kwietnia 1922 przybył do Kraśnika na stałe miejsce stacjonowania. W czasie II Wojny Światowej walczył na froncie zachodnim w składzie brygady pancernej generała Maczka.
24 Pułk Ułanów w okresie międzywojennym czynnie uczestniczył w życiu społeczności Kraśnika i okolicznych wsi. Defilady na koniach żołnierzy z białymi otokami ściągały tłumy gapiów. Ułani wywodzili się często z tutejszej ludności, utrzymywali znajomości z ludnością. Zdarzało się, że ułan do swej dziewczyny w wiosce oddalonej o kilka czy kilkadziesiąt kilometrów przyjeżdżał na noc. Wieczorem brał konia i galopem przejeżdżał spory dystans, by następnie przed świtem powrócić na poranną zbiórkę. Świadczy to bardzo wysokich umiejętnościach jeździeckich, budzących ogólny podziw. Chyba wszystkie panny wzdychały do świetnie prezentujących się kawalerzystów. Ułani byli też wzywani do pomocy w przypadku kataklizmów, pomagali policji, pilnowali porządku w przypadku niepokojów społecznych, jak to np. miało miejsce w czasie burzliwych zajść towarzyszących tworzeniu kościoła narodowego w Świeciechowie.
Przed II wojną światową 40% mieszkańców stanowiła ludność żydowska, zamieszkująca głównie centrum Kraśnika. Żydzi zaczęli się osiedlać się w Kraśniku już po 1584 roku, kiedy ówczesny właściciel Kraśnika zniósł zakaz osiedlania się Żydów w mieście. Gmina żydowska posiadała dużą synagogę i 2 domy modlitwy. W 1940 roku na terenie Kraśnika Niemcy zorganizowali getto, w którym mieszkało ponad 6000 osób z Kraśnika oraz pobliskich gmin Dzierzkowic, Annopola, Gościeradowa, Zakrzówka. Zostali oni wymordowani w 1943 roku. Po wojnie, o ile pamiętam, w Kraśniku zamieszkiwało tylko kilka rodzin żydowskich. Pamiętam sklep w rynku prowadzony przez Kestenbaumów. Wszyscy oni wyemigrowali z Polski po 1968 roku, po nagonce antysemickiej zorganizowanej przez Gomułkę, w związku z wojną pomiędzy Arabami, a Izraelem.
 

Rodzina Przywarów

Przywarowie osiedlili się w Świeciechowie od niepamiętnych czasów. Źródła pisane mówią o historii rodu poczynając od Wojciecha, mojego prapradziadka, który wziął sobie za żonę Teklę z domu Zbytniewską. Lata 1824 oraz 1827 to daty narodzin ich synów. Pierworodny Stanisław ożenił się z Agatą z Kucharczyków. Narodzony jako drugi syn – Paweł – był moim pradziadkiem. Paweł Przywara mieszkał na tej samej placówce, na której urodziłem się ja. Wynika to z urzędowego dokumentu, który mówi:
W tabeli wsi Świeciechów Kapitularny na mocy najwyższego ukazu z 19 lutego (2 marca nowego kalendarza) z 1864 roku, między innymi byli właścicielami działek nr 36 Żyłka Leon[...]nr 86/87 Przywara Paweł: placu i ogrodu 246 prętów (1 pręt = 16 m²), a więc plac miał powierzchnię 3936 m², pola ornego 5 mórg i 85 prętów, łąki 85 pr., nieużytków 4 pr., razem 7 mórg 20 pr.[ nr 84/84 Dzięsław Jan]
Sąsiedzi o tym nazwisku mieszkali rzeczywiście obok mojego rodzinnego domu.
            W życiorys Pawła Przywary wpisuje się ślub z Marianną z Karczmarczyków urodzoną w 1835 roku, panną majętną, także Przywarowie byli dobrze sytuowaną rodziną. Mieli oni dwie córki: Małgorzatę i Józefę oraz syna Piotra - mojego dziadka. Jedna z córek wyszła za mąż za Jabłońskiego z Jakubowic, a druga za Zgardzińskiego z Annopola. Zachowało się świadectwo urodzenia dziadka pisane w języku polskim i rosyjskim:
Działo się w Świeciechowie dnia 29 czerwca 1865 roku o godzinie 9 rano. Stawił się Paweł Przywara włościanin w Świeciechowie zamieszkały  lat 38 mający w obecności Józefa Kucharczyka lat 38 i Jana Bownika lat 32 mających, obu włościan ze Świeciechowa, i okazał nam dziecię płci męskiej urodzone w Świeciechowie dnia 29 czerwca roku bieżącego o godzinie 4 rano z jego małżonki Marianny z Karczmarczyków lat 30 mającej. Dziecięciu tego na chrzcie świętym, w dniu dzisiejszym odbytym, nadano imię Piotr a rodzicami jego chrzestnymi byli Jan Bownik i Franciszka Dzięsław. Akt ten stawiającemu i świadkom przeczytany, przez nas podpisany został. Stawający i świadkowie pisać nie umieją. Ks.L.Dworzycki Wikary Świeciechowski U.S.C. Świeciechów 1 lipca (29 czerwca) 1893 rok. Ks. Albin Frankowski
            Powyższy dokument, sporządzony w 1893 roku na podstawie księgi parafialnej, wskazuje, iż moi pradziadkowie byli niepiśmienni. Za ich sprawą jednak zdobył wykształcenie syn Pawła. Niepiśmienność była na porządku dziennym od średniowiecza, poprzez okres Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Sytuacja uległa poprawie podczas zaborów, lecz była to poprawa nieznaczna. Około roku 1870 w Galicji i Królestwie Polskim 80 procent ogółu ludności było analfabetami – 10 procent mniej, niż w wieku XVIII. Pod zaborem pruskim poziom analfabetyzmu spadł natomiast do 30 procent.
            Paweł zainwestował w kształcenie Piotra, co okazało się najlepszą inwestycją. Duża część majątku przepadła. gdyż pieniądze schował gdzieś i zmarł nie podając miejsca ich ukrycia. Jak potem wspominano, tuż przed śmiercią  usiłował powiedzieć gdzie schował oszczędności,  ale wyszeptał tylko „Pieniądze...”  i nie był w stanie dokończyć. Piotr zaraz pojechał po lekarza, a gdy powrócił zastali go już nieżyjącego.
 

Młodość Piotra Przywary

Mój dziadek Piotr Przywara do szkoły podstawowej chodził w Annopolu. Natomiast w roku 1880, to jest w wieku lat 15 zdał egzaminy i został przyjęty do trzyletniego Seminarium Nauczycielskiego w Solcu. Szkoła ta została założona przez rząd rosyjski pierwotnie pod nazwą „Soleckich Kursów Pedagogicznych”.  Nazwę następnie zmieniono. Zachowało się świadectwo szkolne dziadka  po ukończeniu drugiej klasy z 1882 roku pisane odręcznie w języku rosyjskim:
Seminarium Nauczycielskie (Uczitielskiaj Seminarij) zaświadcza że Przywara Piotr wyznania rzymsko-katolickiego, mieszkaniec lubelskiej guberni, janowskiego powiatu (ujezda), wsi Świeciechów, wstąpił do wymienionej szkoły 17 września 1880 roku [...] wykazał następujące wyniki w nauczaniu: Prawo [zakon] - dobrze Język rosyjski – zadawalająco Język polski – dobrze Arytmetyka- dobrze Geografia – dobrze Przyrodoznawstwo – dobrze Rysunki techniczne – dobrze Pisanie listów [listopisanije] – dobrze Data 23czerwa 1882 podpis inspektora szkoły
            Ze  świadectwa wynika, że dziadek był dobrym uczniem, a stopień dostateczny miał tylko z nielubianego języka rosyjskiego. Szkoły nie ukończył jednak, bo jak mówił „raniła jego patriotyczne uczucia”. Historii nauczano wtedy z podręcznika autorstwa Dmitrija Iłowojskiego, w którym w ogóle nie używano nazwę „Polska”. Używano tylko terminu "Priwislanskij Kraj". Podręcznik Iłowojskiego znany był powszechnie jako przeinaczający polskie dzieje. Niejednokrotnie dochodziło do konfliktu uczniów z nauczycielami, którzy próbowali usilnie rusyfikować uczniów. Nauczyciele pochodzenia polskiego dla kariery, a może z obawy przed utratą dobrze płatnej pracy fałszowali narodową historię. Rosyjscy nauczyciele wyrażali się pogardliwie o Polakach, a wychwalali carską Rosję. Dziadek miał wątpliwości co do niektórych dogmatów wiary. Będąc osobą wierzącą miał żal do Stolicy Apostolskiej, do ówczesnego papieża za pozostawienie Polaków bez chociażby wsparcia moralnego. Denerwowało go gdy próbowano grać na religijnych uczuciach Polaków, podając Chrystusa jako przykład do naśladowania w uległości do panującej władzy. Chciano by Kościół Katolicki upodobnić politycznie do Kościoła Prawosławnego, który popierał władzę carską. Dziadek nie wahał się wyrażać swoich wątpliwości na głos. Napisał potem w swoich notatkach:
Nie mogłem uwierzyć, żeby Chrystus, ten cudowny nauczyciel moralności, nie miał innego sposobu by zaradzić ludzkości, żeby dał się bić, kopać, pluć na siebie żydowskim siepaczom i w końcu dać się zamordować za grzechy Adama i Ewy z całym ich potomstwem. Został mi jeszcze rok praktyki pedagogicznej, kiedy na lekcji o soborach, przy dogmacie o nieomylności papieży  doszło do sprzeczki. Coś powiedziałem, nie mogę sobie przypomnieć co i ksiądz mi ubliżył. Powiedziałem, że nie chcę się uczyć bajek żydowskich. Ksiądz zaczerwienił się i powiedział "Siadaj durniu!". Spotkała mnie kara, ale drwiłem sobie z tego "obejdę się bez tej szkoły co fałszuje historię i bredni uczy". Gdy wyszliśmy na przerwę koledzy klaskali w dłonie i mówili "aleś mu zajechał". Jak przyszły wakacje podałem o uwolnienie.
            Ten młodzieńczy bunt nie oznaczał jednak, że dziadek zerwał z chrześcijańską wiarą. Wszystkie jego dzieci zostały ochrzczone i wychowane w wierze katolickiej, a on sam pozostawał w dobrych stosunkach ze świeciechowskim proboszczem. W jednym ze swych listów wysłanych w przyszłości do domu z zesłania, zwrócił się do swoich dzieci „ucieszyłem się, że ksiądz do was zajrzał i dopomaga wam”.
           W rezultacie dziadek będący jednym z najlepszych uczniów ze względu na swoje patriotyczne przekonania zrezygnował z tej szkoły i nie otrzymał świadectwa ukończenia Seminarium. Powrócił do pracy w gospodarstwie ojca, ale nadal kontynuował naukę we własnym zakresie, intensywnie dokształcał się, bardzo dużo czytał. Ojciec jego zmarł w 1888 r. w wieku 61 lat. Przed śmiercią zapisał gospodarkę synowi z obowiązkiem spłacenia swoich dwóch sióstr.
            28 sierpnia wg kalendarza rosyjskiego, czyli 9 września 1890 r. Dziadek Piotr zawarł związek małżeński z Marianną Kopciówną, córką Jana Kopcia i Agnieszki z domu Serafin.   Z nią prowadził 11 morgowe gospodarstwo, na które złożyły się grunty po rodzicach, wiano żony i dwie morgi gruntu po bezpotomnie zmarłym stryju Stanisławie. Gospodarzył mądrze i racjonalnie w wyniku czego gospodarstwo rozrosło się do 18 mórg, licząc grunty orne, łąki, pastwiska i las i stał się dość zamożnym człowiekiem. Jak pisał w swoich notatkach z 12 mórg ziemi zbierał:
53 kopy pięknego żętego zboża, którym napełniałem dużą stodołę. Czasem jak nie było powodzi kładło się w kopę owies, a siano i owies na poddasze, do piwnicy 100 kwintali ziemniaków i buraki.
Podobnie jak innych mieszkańców nadwiślańskich włości dziadka trapiły powodzie spowodowane przez wylewy Wisły oraz pomory zwierząt domowych. Grunt był w 12 kawałkach, co utrudniało prace polowe. Przybywało również gęb do wykarmienia- do 1900 roku urodziło się czworo dzieci (Bronka, Józek, Teofil, Kostek), a potem jeszcze troje (Jan, Helena i Leon). Co gorsza, w wyniku pożaru spalił się dom i trzeba było stawiać nowy.

Działalność edukacyjna Piotra Przywary

        Dziadek był, poza księdzem, najbardziej wykształconym człowiekiem w Świeciechowie. A przy tym miał otwarty, chłonny na wiedzę umysł, wysoką inteligencję.  Był to człowiek pełen ideałów. Chętnie dzielił się wiedzą i wykorzystywał swoje umiejętności pisarskie do pomocy innym. Znał biegle język zaborcy i praktycznie orientował się w przepisach prawnych. Cieszył się niebagatelnym poważaniem wśród mieszkańców okolicznych wsi.  Starał się zaszczepić w nich patriotyzm i swą miłość do ojczyzny. Było to tym łatwiejsze, iż potrafił znaleźć wspólny język z prostymi ludźmi. Jak pisał później:
Tłumaczyłem jak chłop chłopu, że Rusin ma Rosję, Francuz Francję, Austriak Austrię i wie że ma swój kraj ma swoją Ojczyznę, gospodarkę, a my nie mamy Polski. Naszą ojczyzną rządzą Rusini i Niemcy, bo się naszą ziemią podzielili i im płacimy podatki i musimy słuchać ich rozkazów, jak sługa u gospodarza. Nie mamy swojej Ojczyzny i wolności.
Szerzenie  patriotycznych ideałów wśród ludności wiejskiej  bez  wzbudzania podejrzeń policji carskiej ułatwiały zwyczaje miejscowe spotkań sąsiedzkich przy okazji wykonywanych wspólnych prac przez miejscową społeczność. W zależności od tego, czym się danego wieczoru zajmowano, były to piórnie, prządki (kądziel), obieraczki. Sąsiedzi gromadzili się zwykle w największej izbie we wsi, gdzie kobiety wspólnie darły pierze, przędły, obierały kapustę. Pomoc sąsiedzka mężczyzn zwyczajowo nazywała się tłoka. To były wspólne roboty, na przykład gdy trzeba było z lasu drzewa przywieźć na budowę, to gospodarz zwoływał innych. Ludzie z całej wsi swoimi wozami jechali do lasu, ładowali drzewo i przywozili je za darmo. Gospodarz im za to stawiał wódkę. Kobiety zwykle spotykały się z okazji „piórni”. Był to zwyczaj wspólnego darcia pierza przez kobiety w długie zimowy wieczory. Tak ten zwyczaj opisała jedna z uczestniczek:
Zbierałyśmy się w jednej chacie, każda trzymała gęś bo te pióra trza było obskubywać. Schodziło do jednej izby nawet dziesięć kobiet, co wieczór przychodziły, skubały te pióra, śpiewały  piosenki ludowe. Pierze darły kobiety, natomiast dla chłopów była to okazja, by niby przychodząc po swoją babę się spotkać i pogadać. A na koniec była libacja, a nawet grajek i tańce.
Mężczyźni prowadzili  przy takiej okazji gorliwe dysputy polityczne. Inną okazją do wspólnych spotkań były wieczory prządkowe -wspólne spotkania kobiet.  Mężczyźni zaś w tym czasie w innej izbie prowadzili ożywione dysputy. Tak o zwyczajach tych pisał Józef Zwolski:
W sezonie praca trwała obowiązkowo od świtu do zachodu słońca. Po zakończeniu prac polowych organizowaliśmy spotkania wieczorami. W mieszkaniu jednej z dziewcząt urządzano „kądziel”, gdzie na kołowrotkach dziewczyny przędły nici, a kawalerowie grali w karty w 66 lub w tysiąca. Później uczyliśmy się tańczyć, a bywało, iż  przychodził pewien uczeń seminarium nauczycielskiego i uczył nas, wyjaśniał politykę. Wszczepił w nas swoje postępowe poglądy i pociąg do wiedzy. Poprosiłem ojca by wysłał mnie do szkoły.
            Okazją wspólnych spotkań były też wszelkie święta kościelne, dni wolne od pracy, kiedy po mszy tworzyły się zgromadzenia, na których wymieniano swoje poglądy, przekazywano informacje, dyskutowano żywo na różne tematy, spierano się, często przy szklance gorzałki. Gdy jednak głos zabierał obdarzony ogromnym autorytetem Piotr Przywara, ludzie milkli i z uwagą słuchali co powie. On nigdy nie pił alkoholu, trzeźwo i spokojnie tłumaczył, nauczał, wyjaśniał.     Ludzie słuchający Piotra Przywary, wiedząc coś o tym, że uczył się w Seminarium, byli przekonani, iż było to Seminarium Duchowne, a on sam był księdzem, który nie chciał podporządkować się władzy. O tym przekonana była nawet najbliższa rodzina. Zdziwiony więc też byłem bardzo, gdy dopiero później, przeglądając dokumenty dziadka przekonałem się, iż faktycznie uczęszczał on do Seminarium Nauczycielskiego.
 

Spółdzielczość

Piotr Przywara zapisał się w historii jako prekursor spółdzielczości i współtwórca pierwszego SKOK w regionie. 29 listopada 1903 z jego inicjatywy powstała Gminna Kasa Pożyczkowa w Annopolu. Wśród 16 udziałowców oprócz Piotra Przywary znalazł się właściciel majątku Bliskowice - Zdzisław Marcinkowski, arendarz majątku Wałowice - Michał Prosowski i 14-u zamożnych gospodarzy ze Świeciechowa, Baraków, Miłoszówki, a wśród nich  mój pradziadek po mieczu - Jan Zwolski, syn Marcina. Dziadek Przywara wybrany został do zarządu Kasy. Rozwój spółdzielczości był sposobem walki o niepodległość, pozwalał na zjednoczenie miejscowej społeczności i podjęcie ekonomicznego oporu przeciw polityce zaborcy. Później w ślady dziadka poszedł mój ojciec Józef Zwolski, jako współzałożyciel i w latach 37-40 sekretarz Kasy Spółdzielczej im. Stefczyka, a także gospodarz zarządu /prezes/ Spółdzielni Spożywców „Jedność”. Z funkcji tych, a także z funkcji z-cy Naczelnika Straży Pożarnej zrezygnował dopiero w 1942 roku, gdy wstąpił do ruchu oporu.
Przypomnijmy, iż ruch spółdzielczy wywodzi się z okresu zaborów. Był wtedy formą zrzeszania się i edukacji chłopów przez ziemiaństwo. Jednym z prekursorów spółdzielczości na terenach Polski był Stanisław Staszic, który w 1816 roku założył Towarzystwo Rolnicze Hrubieszowskie. Ruch spółdzielczy prowadził działalność edukacyjną i polityczną, związaną z pozytywistyczną ideą pracy u podstaw prowadzonej przez wyżej wykształcone warstwy społeczne ówczesnej Polski. Ponadto powstałe Kasy Stefczyka ułatwiały finansowanie rzemiosła, rolnictwa i drobnego przemysłu. Zwolennikiem koncepcji spółdzielczości jako alternatywy dla kapitalizmu był np. Edward Abramowski. W dwudziestoleciu międzywojennym ruch spółdzielczy blisko współpracował z Polską Partią Socjalistyczną.
 

Spisek

Dziadek zaprzyjaźnił się z dziedzicem Gościeradowa i właścicielem majątku w Wałowicach - panem Antonim Hemplem - który miał postępowe poglądy społeczne oraz zajmował się działalnością patriotyczną.
            Antoni Władysław Hempel był rówieśnikiem Piotra Przywary, ukończył studia w Instytucie Gospodarstwa Wiejskiego w Puławach. W 1906 roku kupił folwark Wałowice, przystosował ariański zbór na dworek. W 1907 został wybrany na posła do Dumy Rosyjskiej z ramienia Narodowej Demokracji. Jego grób znajduje się na cmentarzu w Świeciechowie.
            Po rewolucji 1905 roku car, aby pokazać, że dzieli się władzą ze społeczeństwem, ustanowił parlament zwany Dumą. Wybór posłów do polskiego koła Dumy odbywał się w ten sposób, że na zebraniach gminnych wybierano pełnomocników na zjazd powiatowy. Tam wybierano z kolei 3 delegatów, którzy zjeżdżali się do miasta wojewódzkiego, czyli stolicy guberni. Tam też wyłaniali spośród siebie posłów. Świeciechów znajdował się wtedy na terenie powiatu janowskiego. Spośród 3 delegatów powiatu janowskiego znaleźli się właśnie  Piotr Przywara i pan Hempel. Zachowało się pismo do naczelnika janowskiego powiatu w języku rosyjskim:
Pełnomocnikowi Gminy Annopol Piotrowi Pawłowiczowi Przywarze Zawiadomienie ( izwieszczenie) 22 stycznia w m. Janów odbędzie się zjazd pełnomocników wybranych przez gminne zebrania, celem wybrania 3 delegatów z Powiatu Janowskiego na wojewódzki (guberskij) wyborczy zjazd. Proszę Was o przybycie 22 stycznia o godzinie 9 rano do pomieszczenia ludowej herbaciarki (pomieszczenije narodnoj czajnoj). Proszę wziąć ze sobą to zawiadomienie i dokument tożsamości (dowód osobisty, lub zaświadczenie od wójta)
Zachowało się też zaświadczenie wystawione 17.04.1906 roku o treści:
Piotr Pawłowicz Przywara jest uprawniony przez Janowski Powiatowy Zjazd do reprezentowania na gubernialnym zjeździe wyborców. Dziadek tak napisał o zjeździe delegatów z Guberni Lubelskiej: Ja przyjechałem z Panem Hemplem. Wskazał mi pokoik (w hotelu), podał zakąskę na śniadanie i polecił mi coś napisać. Napisałem artykuł i gazeta go dosłownie zamieściła. Zeszli się wszyscy na dużej sali z trybuną i zaczęły się przemowy delegatów na temat nowej gospodarki w konstytucyjnej Polsce, którą boleśnie dla mnie nazywano Priwiślanskim Krajem. Poruszyło ogromnie zdanie wypowiedziane w przemówieniu Pana Hempla "Na pohybel ciemnocie i wyzyskowi". Potem odbyło się publiczne głosowanie. Maurycy Zamoyski nie podobał mi się, bo redagowane przez Pana Malinowskiego "Zaranie" wysuwało przeciw niemu zarzuty. Chciałem go skreślić i głosować na Pana Hempla. Ale nie chciał kandydować i powiedział mi: "ten magnat może się tam przydać."=
Od 1908 dziadek zbliżył się do ruchu PPS, gdyż uważał, iż głoszone tam hasła narodowowyzwoleńcze mają największa szansę zostać wdrożone w życie, ale do partii nie wstąpił. Natomiast miał nadzieję wykorzystać tą strukturę do organizowania zamachu, który miał otworzyć wrota wolności dla ukochanej Ojczyzny.  Jak wiadomo pomysły dokonywania zamachów były wtedy częstym zjawiskiem – nawet prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, Ignacy Mościcki, brał udział w przygotowaniach do jednego z takich przedsięwzięć. Miał być to zamach na warszawskiego generała-gubernatora, Iosifa Hurko. Feldmarszałek rosyjski miał zginąć od wybuchu nitrogliceryny, której to kilogram wyprodukował w swoim mieszkaniu sam Ignacy Mościcki. Historia dowodzi, iż pomysł zamachu na cara nie musiał być  taką znowu mrzonką, o czym przekonuje zamach w Sarajewie na austriackiego następcę tronu arcyksięcia Franciszka Ferdynanda Habsburga dokonany 28 czerwca 1914 roku, powszechnie uznawany za bezpośrednią przyczynę wybuchu pierwszej wojny światowej, która później dała wolność Polsce. Znajdujący się przy przejeździe arcyksięcia zamachowiec student Gawriło Princip, oddał dwa strzały z rewolweru w kierunku pary arcyksiążęcej. Pierwszy strzał trafił Zofię Chotek w podbrzusze, druga kula przeszyła tchawicę i tętnicę szyjną jej męża, w wyniku czego oboje zginęli.
Organizowany przez Piotra ruch spółdzielczy, tworzenie Gminnej Kasy Pożyczkowej, stanowiły przykrywkę dla konspiracyjnej działalności,  ale także finansowały tą działalność. Tak o tym pisze w liście 1930 roku do Związku Byłych Więźniów Politycznych w Lublinie:
Unikałem wyróżnienia, a moje spokojne prowadzenie małorolnego gospodarstwa i zarządu w Gminnej Kasie Pożyczkowej nie miało żadnego podejrzenia. Umyślnie wymijałem związki polityczne narażone na szpicli. Na XI Zjazd Robotniczy w Wiedniu w 1908 roku pojechałem z konieczności doznania sprawy, a tam przekonałem się, że pół Europy Robotniczej wypowiedziało się za walką z caratem.
            Nie sądzę by delegaci na międzynarodowy zjazd robotniczy w Wiedniu, na którym głoszono konieczność walki z caratem, nie byli obserwowani przez agentów tajnej carskiej policji. Toteż przypuszczam, iż od tego czasu dziadek, pomimo swojej stałej ostrożności by nie zostać zdradzony, dostał się pod dyskretną obserwację. Jak wcześniej wspomniałem, Polacy najwięcej swobód politycznych mieli w zaborze austriackim, toteż tam polskie organizacje patriotyczne przejawiły największą działalność. Dziadek często wyjeżdżał do Galicji pod pretekstem leczenia się. Zachował się list pisany do domu z Krakowa 18 sierpnia 1909:
Chodzę do doktora w Krakowie. Przyjadę dopiero w środę Wawrzka Wawrzonka prośba żeby był i gospodarzył do mojego przyjazdu. Po jęczmienia trzeba się śpieszyć z orką i pszenicę młócić z pośpiechem. Zaraz po zaoraniu włóczyć(...)Józiu, książek nie wywłóczta, żeby się nie niszczyły. Pochowaj dobrze, żeby Teofil nie wywlókł. Jeśli matka będzie uważać, że trzeba do roboty przynająć, to niech najmie, a jak przyjadę – wypłacę.
Jak widać list adresował do swojego najstarszego syna Józka, wówczas 14-letniego chłopaka, który był najbardziej biegły w czytaniu. Dziś wiadomo, iż pobyt u lekarza był tylko kamuflażem dla działalności spiskowej, o której nawet najbliższa rodzina nie wiedziała.
            W listopadzie 1909 carska żandarmeria, poinformowana przez jakiegoś donosiciela o działalności spiskowej Piotra Przywary i  przygotowaniach do zamachu przeprowadziła rewizję w domu, o czym napisałem na początku. Znaleziono broszury PPS oraz części do rewolweru. Dziadek został aresztowany i osadzony w areszcie w Lublinie. Został odnaleziony wypis z archiwum Państwowego w Lublinie [tł.J.Sołdek]:
Zespół akt Zarządu Żandarmerii Guberni Lubelskiej (ZŻGLNr34t/II)
O osobach wymienionych w protokołach zeznań Jana syna Józefa Ścibora (…) 4) Wymieniony przez Ścibora wieśniak ze wsi Świeciechów, pow. Janowskiego Piotr Przywara i Antoni Paluch ps „Antoni” byli odnotowani przez agenturę w 1908 r. jako osoby często wyjeżdżające do Krakowa dla jakiś konspiracyjnych celów, byli obserwowani, jednak bez rezultatów. Przeprowadzono rewizję 10.XI b.r. u Piotra Przywary, 44 lata, znaleziono program PPS, sprzęt do rewolweru „Browning” i trochę broszur socjalistycznej proweniencji. Podczas śledztwa obaj zeznali, że byli 25.08.br w mieście Wiedniu na wszechpartyjnym XI Zjeździe PPS, wśród wolnych słuchaczy, a nie jako delegaci z guberni lubelskiej, że pojechali oni do m.Wiednia za radą „Dominika”, który wskazał im również miejsce zebrania, przy czym Przywara po przedstawieniu mu fotografii Andrzeja Chertona, poznał, że to jeden z uczestników zjazdu, który siedział na oddzielnej ławce wyznaczonej dla okręgowców Polaków z Rosji. Piotr Przywara i Antoni Paluch 10 listopada zostali aresztowani i zamknięci w areszcie oraz podciągnięci pod przepis o bezpieczeństwie.[pieczęć z dn. 29XII 1909]
Fragmenty protokółu z dnia 11 listopada 1909 sporządzonego przez rotmistrza Gudima z wydziału Korpusu Żandarmnerii Lubelskiego i Janowskiego powiatu przytoczyłem na początku. W dalszej części zeznania napisano:
(...)Za granicą byłem w miesiącu sierpniu br. w mieście Krakowie, gdzie leczyłem się (…) Nie należę do żadnej partii antypaństwowej i nie należałem w tej liczbie także do Polskiej Partii Socjalistycznej. Odnośnie mojego udziału w XI Zjeździe w mieście Wiedniu 25 sierpnia 1909 roku mogę wyjaśnić co następuje: W połowie sierpnia br. razem z chłopem ze wsi Świeciechów Antonim Józefem Paluchem wyjechaliśmy do miasta Krakowa po poradę lekarską, ponieważ obaj jesteśmy chorzy. W Krakowie poznaliśmy się przypadkowo na ulicy z człowiekiem, który dowiedziawszy się, że jesteśmy z guberni lubelskiej, poradził nam pojechać na ogólnopartyjny zjazd PPS w Wiedniu, mówiąc, że to byłby zaszczyt dla Polaka. Wahaliśmy się, a potem wraz z tym człowiekiem , który nazywał siebie „Towarzysz” i prosił by tak go nazywać udaliśmy się do Wiednia. Po dniu lub dwóch po zwiedzeniu miasta poprowadził nas do jakiegoś domu, gdzie w dużym pomieszczeniu znajdowało się 50-60 osób, Polaków. Za oddzielnym stołem siedział jakiś człowiek kierujący zebraniem. Mówiło kilku mówców na temat programu PPS i o tym, że partia będzie się nazywała teraz PPS, bez dodawania słów „Frakcja Rewolucyjna”. Drudzy mówili o szkołach i samorządzie, o losie robotników,  konieczności posiadania ziemi w jednym kawałku, o połączeniu wszystkich ziem Polski (w Rosji, Prusach, i Austrii) w jedno państwo i t.d. Przewodniczący, którego z imienia i nazwiska nie znam(...) zwrócił się z apelem o szeroką agitację w swoich stronach, zbieranie pieniędzy na cele partii i wspomniał również o terrorze, który winien być dobrze obmyślany i bez zezwolenia komitetu nie realizowany. Po przemówieniu zorganizowano oddzielne komisje, mianowano okręgowców w rosyjskiej Polsce. Przypominam sobie, że na lubelską gubernie mianowany był jeden i na siedlecką jeden. Nazywano ich wg pseudonimów, których wszystkich nie pamiętam. Wymienili imiona „Józef” i „Dominik”(...) W sali był szum i dużo do mnie nie dochodziło.
  1. Zabrany mi podczas rewizji program „Program Polskiej Partii Socjalistycznej” dał mi niejaki „Dominik”, on też dał mi książkę „Kwestya Polska w Socjalizmie”. Kto to jest „Dominik” nie wiem, a także skąd pochodzi i gdzie się znajduje.
  2. Zabrane mi podczas rewizji przyrządy do rewolweru – wycior i śrubokręt dostałem od Stanisława Kosmulskiego z Warszawy, który znajdował się u swojego teścia w Świeciechowie- Tomasza Stoli. Zaszedł do mnie i zaproponował mi kupić u niego brownig, lecz on chciał 25 rubli, a ja nie kupiłem go. Przyrządy do niego Kosmulski zapomniał zabrać z mojego mieszkania.
  3. Przedstawione pismo, które mi zabrano podczas rewizji zaczynające się od słów „Drogi kumie Piotrze” z dnia 25.V 1909 podpisane „całuję, wasz Dominik” skierowanie jest do mnie, tekst tego listu jest dla mnie niezrozumiały i nie wiem o jakich osobach on w nim wspomina i kto to jest taki pan „28 lat, brunet niskiego wzrostu, w okularach”, którego winienem przeprowadzić za granicę. Możliwe, że autor tego listu jest tym samym „Dominikiem”, który był na zjeździe w Krakowie i który dał mi program PPS. Kolportażem proklamacji nie zajmowałem się i powtarzam do PPS nie należę i nie należałem
Z dokumentów tych widać, że dziadek sprytnie tłumaczył się z zarzutów, zwłaszcza z przygotowań do politycznego zamachu, czym chyba wybronił się z grożącej mu kary śmierci. Po kilkumiesięcznym śledztwie został uznany winnym i skazany najpierw na śmierć, później „łaską Cara” na zesłanie na daleką północ imperium rosyjskiego do guberni archangielskiej. W śledztwie nie zdradził swoich towarzyszy ze spisku, przez co zaskarbił sobie wdzięczność członków organizacji, zwłaszcza pana Hempla. Ten czuł się później zobowiązany do pomocy rodzinie i co jakiś czas przysyłał dzieciom worek mąki. Dzięki temu na przednówku rodzina nie przymierała głodem.
 

Zesłanie

Zesłaniec trafił do wioski Trufanowa Gora nad rzeką Pinegą, skąd 11 lipca 1910 napisał pierwszy list, w którym w sposób bardzo plastyczny opisał miejsce swojego zesłania:
Jest to rodzaj drewnianego dwupiętrowego miasteczka pozbawionego rynku z ulicami w różne strony. Położone na pięknym, wysokim wzgórzu. Całe wzgórze jest ufałdowane, z rzadka głębokie parowy i strumyk szumiący pod trawą bujną i chwastami i dążący do ślicznej doliny rzeki, pokrytej łąkami, pastwiskami, z kilkoma jeziorami o ciemnej jak noc wodzie. W rzece i jeziorach łapie się szczupak, karp i inne ryby. Torf prawie wszędzie. Pomimo, iż rzeka bystra, głęboka i nadzwyczajnie kręta, ląd jest do samej rzeki porosły murawą. Rzeka ta wychodzi z leśnych bagien i jezior i wpada w dużą sudochodną ( żeglowną ) rzekę Pinegę, podobną do naszej Wisły pod Krakowem. Tu pod wioską Pinega płynie na wschód, a po jej obu stronach ciągnie się dolina. Całą dolinę otacza ciemno-zielony drobny las świerkowo-sosnowy, nie mający końca. Pola są na wzgórzach, bardzo małe, nie dają się w całości uprawiać, bo są poprzerzynane kotlinami, w których stoi woda, porośnięta mchem, trawą i krzaczkami karłowatej brzozy lub wierzby. Gdy się idzie po takiej polnej łączce to się przeskakuje z kępki mchu na kępkę, a woda bulgocąc i szumiąc przykrywa but. Na wąskich paskach pól rośnie żyto, jęczmień, konopie i z rzadka - len. Rosną też powtykane bez ładu kartofle, na wyścigi z chwastami. Dzięki niekończącym się dniom (w lecie noc jak dzień) i częstym deszczom, zboża rosną 2 razy szybciej niż u nas.(...) Przez wioskę przechodzi trakt łączący dwa powiatowe miasta: Pinegę i Miczeń, gdzie poszło trzech towarzyszących mi politycznych zesłańców z Rosji (136 wiorst od Pinegi). Gdzie pagórek w lesie to trawa lub mech, a gdziekolwiek niżej to woda. Z powodu mokradeł naród wybiera tylko górzyste miejsca. Ta gubernia ma tyle wiosek, ile jest górzystych suchszych miejsc nad brzegami rzek. Jeśli nie ma wzgórza, to i całe setki wiorst nie ma wioski.
Zarówno w tym, jak i w następnych listach dziadek zamieszcza obszerne, malownicze opisy zabudowań gospodarskich, łaźni (takich jak fińskie sauny), sprzętów domowych, narzędzi żniwnych, prac polowych, obyczajów, świąt, ubiorów, fauny i flory. Niektóre opisy są ilustrowane rysunkami.
W liście pisanym 2 sierpnia do jednego z przyjaciół obraz życia na zesłaniu nie był tak sielski jak w listach pisanych do domu: Drogi Przyjacielu! Trzy miesiące przetrzymali mnie w więzieniu. 1 lipca zamknęli przede mną na 2 lata drzwi własnej chatki, wywożąc pod północny biegun do Archangielskiej Guberni, blisko 6000 wiorst od domu. Tu nie ma ani jednego Polaka, zatem nie ma i kościoła. Żywność mają tu marną, stanowi chleb razowy, herbata, mleko i kasza. Sam piekę i gotuję. Można by żyć lepiej, ale brak pieniędzy nie pozwala. Co 2 tyg. dostaję 4 rb 15 kop. Mieszkanie kosztuje 1 rb 50 k miesięcznie. Nafta, nici, pranie, papier, atrament, mydło – zabiera 1 rb najmniej, a zarobić nie ma gdzie. Musowo chodzić za grzybami i jagodami, bo nie wystarcza. Słowem wygnanie równa się więzieniowi, z tą tylko różnicą, że można chodzić po świecie. Książek nie ma, kalendarza nie ma, trudno wiedzieć która godzina i dzień który. Trudno poznać strony świata. Zachód tam gdzie i wschód. Jeżeli mi tu będzie trudno ścierpieć to może dało by się uciec do Ameryki na Władywostok. Ale bez pieniędzy nic się nie zrobi, a z domu ich się nie pociągnie bez grubego uszczerbku w gospodarstwie. Podałem prośbę żeby mi wydali na letnie ubranie, na które należy się nic nie mającym 10 rb 36 k. Odmówili, a tu mam tylko 1 spodnie, 2 koszule, troje gaci i marynarkę. Śpię na gołej słomie i chodzę po 2 tygodnie w jednej koszuli, bo nie ma za co prać. U nas w Świeciechowie nieurodzaj, bydło, świnie i konie chorują. Proboszcza aresztowali na 3 miesiące."
W listach do domu zesłaniec martwi się głównie o domowników i gospodarkę. W liście z 24 lipca pisze:
Kochana żono! Nie mogę doczekać się waszej odpowiedzi. Wiem, że zdrowa nie byłaś, więc boję się, by ci gorzej nie było. Teraz masz kłopoty zdwojone. Z dziećmi się obchodź tak żeby rozumiały, że ich kochasz, za złe ukarz, ale za dobre ciesz się razem z nimi. Matkę, gdyby cię besztali nie obrażaj, bo mają prawo jako matka dawać ci przestrogi i naganę. One mogą być niesłuszne czasem ale z dobrej woli. Mimo ich woli nie zapędzaj do pracy, bo się zdaje, że się nie polenią. Kłótni unikaj, bo to tylko może zasępić wam domowe życie. Dbaj o tych małych, szczególnie Janka, bo on delikatny i o Helcię, żeby głodne choć nie były. Ja się tu nie wiem gdzie posadzić tak mi się przykrzy, a i zdrowie nietęgie. Strasznymi mi się te 2 lata wydają. Polaka tu żadnego nie ma, tyle mówię po polsku, jak się spotkam z towarzyszem, wygnańcem z Kaukazu Rosjaninem Iwanem Gonczarowem, który umie po polsku. Mój towarzysz, z którym mieszkam, mówi po małorusku, a ja do niego w ruskim języku. Gospodarz domu młody, około 30 lat, żona i dzieci mówią rosyjskim językiem, ale nie czysto. Najwyraźniej mówi gospodarz bo wojskowy. Gotujemy i chleb pieczemy sami. Piecze go mój towarzysz Jakub Czerewko z Taganrogu guberni Jakaterynosławskiej. Opisz mi jak wam tam idzie beze mnie. Co słychać na plebanii. Czy dzieci chodzą do nauki śpiewu. Co słychać u pana Hempla. Dzieci karnoć w domu, ale przed ludżmi na nich nie wygaduj. Może doczekam do was powrócić, to was jeszcze podźwignę. Kochający was Piotr Przywara.
W listach napomina najstarszą swoją córkę Bronkę, która sprawiała w tym czasie najwyraźniej kłopoty. Napomina ją:
Być mądrą i nie poufalić się z chłopakami(...) Jak dziewczynie lat 18, to za jej każdym krokiem ludzie śledzą. Bronciu, ja Cię proszę Ty moje przestrogi w listach często sobie odczytuj. Po wieczorach ucz się pisać. Niech Ci Józek pokazuje. Teofil niech chodzi do szkoły, ja pisałem do nauczyciela, żeby go przyjął.
W tym czasie panowała prawdopodobnie cholera, bo dziadek ostrzega swoją rodzinę.
Strzeżcie się cholery. Żydów, ani nieznajomych ludzi nie trzeba przyjmować do domu i nic od nich nie kupować. Dom i naczynia utrzymujta czysto.
Dziadek na podstawie stempli pocztowych obliczył , iż list do domu idzie 24 dni, a z Polski do niego szedł 16 dni, a więc cały obrót trwa ok. 40 dni.
Archangielska zima zaczęła się 1 października. W liście do jakiegoś kolegi (chyba dziedzica Wałowic Pana Hempla) z 22 października czytamy jak dziadek o mało nie umarzł na mrozie: Kochany Kollego! Jestem chory, ból głowy mi nie ustępuje i żołądka. Rozwolnieniem zmuszony byłem schronić się w lesie. Mróz był koło 22 stopnie. Nogi mi strasznie zmarzły i zacząłem biegać po śniegu. Dostałem bicia serca i zemdlałem, upadłem na śnieg żegnając się już ze światem. Gdym oprzytomniał, wstaję chcąc się dostać na drogę i upadłem nazad. Nogi mam zdrętwiałe, palcami nie mogę ruszać. Na siłę się podniosłem, myśląc że już palce u nóg stracę. Chciałem przyśpieszyć kroku, chcąc uratować nogi rozgrzaniem i zemdlałem na powrót padając twarzą na śnieg. Szczypanie śniegu po rękach, szyi i twarzy przebudziło mnie. Zwlekłem się znowu i wytężając ostatnie siły przestawiam zwolna  nogi zdrętwiałe. Po kilkunastu krokach musiałem usiąść na pniaku, a serce trzęsie się, to znowu pauza. Rozpacz mnie ogarnęła. Podniosłem się i o jednym jeszcze spoczynku dostałem się na drogę. Po twardym lżej mi było iść i tylko 2 razy spoczywałem. Przed domem siadłem na progu bojąc się raptownego ciepła. Od słońca buty zaczęły mi rozmarzać i zdrętwiałe dotąd palce boleć. Wtedy wszedłem do mieszkania. Tu chodziłem jeszcze długo i cierpiałem straszny ból. Myślałem, że mi paznokcie pozłażą, ale jakoś obyło się bez tego.
W listopadzie dotarła do Trufanowej Góry paczka z ciepłą bielizną. 16-go listopada dziadek pisze:
Kochana Żono! Dziś odebrałem posyłkę, dziękuję Ci za to. Teraz bielizny wystarczy mi na cały czas (zsyłki). Posyłkę mi policajski uriadnik rewidował: rozciągał każdą sztukę i przeglądał i chwalił towar. Woreczek sam rozpruł i dostawał z niego. W posyłce nie może być listu, ani pieniędzy."
W miesiąc później dziadek zwraca się do syna:
Drogie Dziecko! Konie wypadnie trzymać do wiosny. Podawaj im sieczkę z kartoflami, to się poprawią, a wtenczas sprzedać. Kupcie dwoje prosiąt, Pan Hempel wam dopomoże.
Wynika z tego, że właściciel majątku w Wałowicach Pan Hempel, najbliższy towarzysz dziadka z działalności niepodległościowej, utrzymywał z nim korespondencję.
Nalegania dziadka, żeby Bronka uczyła się pisać odniosły jednak skutek, bo 17 stycznia 1911 roku pisze:
Kochana Bronciu! Bardzo się ucieszyłem, żeś mi list napisała Nie spodziewałem się, że tak prędko spotrafisz. Nauka jest ciężka, ale łatwo ją polubić, a jak ją polubisz, to ci lekko pójdzie. Jak ja pragnąłem nauczyć Cię rachunków choć mało wiele to nie chciałaś(...)Pragnę, żebyś była szczęśliwa, dlatego potrzeba, żebyś dużo umiała, dużo wiedziała, była skromną, mądrą, a zatem przyzwoitą i dobrą, bo szczęśliwość nie w ubiorach, nie w majątku. Za twoją dobroć dobrocią ci zapłacą. Za nic majątek, jak nie ma dobroci. A człowiek dobry jest bliski mądremu.
Dziadek dbał bardzo o szerzenie oświaty nie tylko w swojej rodzinie, ale uważał, iż cały naród powinien się kształcić, bo to wzmocni jego siłę i tym łatwiej Polska zdobędzie niepodległość.
Następny list z lutego 1911:
Przy końcu stycznia były mrozy na 40 stopni, to zanim przeleciałem na kwaterę kolegi, to nogi zwarzyło jak w ogniu, a włosy i wąsy osędziały. A w mieszkaniu w wełnianej koszuli, 3 spodniach, kamizelce watowanej, grubej kurtce i czapce-zimno. Mam dywanik (koc?) mało co grubszy od burej wełnianej koszuli, to spałem pod nim w ubraniu i zmarzłem na łóżku koło pieca. Dwie koszule już mi się rozleciały, a gacie konopne podarowałem biednemu aresztantowi. Cholera w Rosji nie ustaje, a w Chinach mrą tysiące codziennie. I następny list z marca: „Cieszę się bardzo, iż szanowny Ks.Proboszcz raczył was odwiedzić. Podziękuj mu za to serdecznie ode mnie. On ma tyle trudów parafialnych i o nas pamięta. Na wiosnę dziadek napisał prośbę do gubernatora, żeby mu pozwolił przenieść się bliżej powiatowego miasta Pinega, gdzie nad rzeką o tej samej nazwie był tartak. Miał nadzieję, iż tam łatwiej będzie o pracę i jakiś zarobek, 8 rubli 20 kopiejek, jakie otrzymywał miesięcznie nie wystarczało. Płacił 2 ruble za mieszkanie, a reszta szła na wyżywienie i gazetę, którą systematycznie kupował, by dowiedzieć się co dzieje się na świecie. Na pranie i cerowanie bielizny już brakowało. Prawo nie pozwalało zesłańcowi zarobkować, ale gubernator w przypływie dobrego humoru, a może ujęty stylem pisarskim dziadka, napisał na podaniu: „razrieszaju wam pieriewod”(pozwalam na przeprowadzkę) i wysłał rozkaz do policji, żeby odstawiła go do Pinegi. Pisze o tym tak: Odebrałem zawiadomienie, że mnie zabiorą do miasta Pinegi położonego 56 wiorst bliżej domu. 11 czerwca wsiadłem na statek i przyjechałem do miasta z 3 towarzyszami, pod opieką 1 strażnika. Gdyśmy wysiedli złożyliśmy rzeczy w sklepie u kupca, znajomego moich 2 towarzyszy. Sami poszliśmy ze strażnikiem do powiatu dowiedzieć się gdzie nas naznaczy na mieszkanie. Ale nie zastaliśmy naczelnika i kazali żebyśmy poszukali sobie noclegu i przyszli na drugi dzień. Pospacerowaliśmy po mieście (…) Każdy rozmyślał co począć i gdzie nocować. Dowiedziałem się, że na przedmieściu Zapole są Polacy. Moi koledzy spotkali znajomych z miasta, a ci znali się z Polakami i niebawem pokazali mi ich idących ulicą we czterech. Po przywitaniu poszliśmy razem zostawiając Ruskich. O 9-tej wieczór powróciliśmy do ich mieszkania. Kolacja wspaniała wynagrodziła 2 dni przegłodowane. O pierwszej położyliśmy się spać. Po śniadaniu wszyscy do miasta, a ja do powiatu. Wszyscy radzili mi iść do najbliższej wioski Cymała, taki rodzaj przedmieścia. Poprosiłem naczelnika do tej wioski i nie odmówił mi. Potem poszedłem z Polakami do nich na obiad, przespałem się i poszedłem do sklepu, gdzie rzeczy nasze złożone(...)” Brakuje dalszej części listu, więc nie wiadomo jaką kwaterę otrzymał. W każdym razie chodził do pracy do tartaku, żeby zarobić dodatkowe ruble na ubranie, bo dotychczasowe zniszczyło się. Zdrowie jednak nie dopisywał mu: „Wraca dawny ból w krzyżu, plecach i barku. Żołądka wyleczyć nie mogę” i „Zdrów nie jestem, szum w uszach, plecy, głowa bolą.
Uporczywe bóle brzucha były wywołane prawdopodobnie chorobą wrzodową.
Ostatnie miesiące zesłania najbardziej mu się dłużyły. W liście z 18 listopada 1911 pisze:
Jeszcze 5 miesięcy od dziś jak wyruszę w drogę do was. A może być tak, że jak wiele innych na nowo zatrzymują na parę lat. Piszcie teraz częściej, bo teraz najgorzej się przykrzy. Kochający was P. Przywara.
Jesienią przeprowadził się do Pinegi, gdzie w zimie 1911 objął sklep „ bez żadnej kaucji”. Za prowadzenie sklepu otrzymywał 10 rubli miesięcznie. Dzięki pracy w Tartaku i sklepie udało się dziadkowi zaoszczędzić ok 200 rubli. Dzięki temu później w drodze powrotnej z katorgi w 1912 roku mógł zwiedzić Piotrogród i urzędujących tam posłów do Dumy z „Polskiego Koła”, których niegdyś wybierał jako delegat z powiatu janowskiego. Postanowił też w drodze powrotnej zatrzymać się w Warszawie i spotkać się tam z żoną i synem Jankiem, pokazać im stolicę „Priwislanskiego Kraju”, jak wówczas nazywano Kongresówkę i przy okazji zaprowadzić chorującego syna do lekarza. W tym celu 28 lutego 1912 pisze:
Kochana żono i Józiu! Matka musi jechać do Warszawy z Jankiem z 2 powodów: żeby Warszawę zobaczyć i na poradę lekarską Na drogę posyłam ci żono 10 rb dla Janka na okrycie. Kupisz mu ciżemki, a spodnie, czy majtki, marynarkę i szynelkę niech mu uszyje albo Kowalski albo żona Szczepańskiego. I kaszkiecik mu dobierzcie. Na statek siądziesz w Jakubowicach. Jabłoński niech ci wszystko na statku pokaże. Głównie kajutę i wychodek i gdzie jest woda do picia. Żywność na drogę weź w koszyczek, a może ci ktoś pożyczy małej walizki. Weź ręcznik, koszulę czystą dla siebie i dla Janka. Nie zapomnij wziąć z sobą nożyka, igły, nitki i grzebyka. Gdy przyjedziesz do Puław, to możesz pójść do miasta i kupić sobie coś do jedzenia, a wieczorem wejść na ten statek, który będzie szedł do W-wy i na nim zanocować.(...) Ja cię będę tam oczekiwał.
Zachował się list pisany przez kolegę z zesłania J.Kostowskiego z Jedlanki w woj.radomskim, który wcześniej wrócił z zesłania i 1 marca 1912 roku pisze:
Znajomości starych nie staram się odnawiać, uważam to za zbyteczne, chcę się trochę podreperować. Jak widzę z listu kolegi to was tera dobrze przyciskają, lecz spodziewam się, że ten przepis kolegi nie dotyczy, ponieważ kolega w wolnym czasie i tak rzadko kiedy Pinegę odwiedzał. Posyłam ukłony pozdrowienia dla wszystkich przyjaciół i znajomych – Kamińskiego, Teściów, Allofa Gomtrycha, Ciechowskiego. Serdeczne uściśnienia dla kolegi przesyła stary przyjaciel J. Kotkowski.
Przeglądając zdjęcia Internecie z okolic w które był zesłany Piotr Przywara rzuciło mi się w oczy podobieństwo przełomu rzeki Pinegi do przełomu Wisły w okolicach Annopola, w Opoczce. Na niektórych zdjęciach skaliste brzegi rzeki porośnięte lasem łudząco przypominają nasze okolice.
 

Powrót z zesłania

Z zesłania został uwolniony18 kwietnia 1912 roku. Opis powrotu zachował się dzięki brudnopisowi listu, jaki dziadek po powrocie napisał do zaprzyjaźnionej polskiej rodziny zesłanej do Pinegi, którą nazywa żartobliwie „teściami”. Pomimo że była to druga połowa kwietnia, na dalekiej północy panowała jeszcze głęboka zima. Ziemia pokryta była grubą warstwą śniegu, rzeki były skute lodem,  toteż podróż z Pinegi do Archangielska odbyła się saniami. Sanie dojeżdżały do określonej miejscowości, Dziadek regulował należność i przesiadał się na następne sanie, którymi odbywał kolejny etap podróży. Pisze:
Z Pinegi wyjechałem o 3.40. Jadąc czułem się jak na wielkanocnej katce (przejażdżce) po ulicy Pinegi pod jasnym światłem zorzy. Za wsią Jurała mróz zaczął się powiększać. Zanim dojechałem do Wierzkoły drzewa i moje wąsy pokryły się szronem. Musiałem położyć się w saniach i przykryć derką podszytą owczym futrem. Do Wierzkoły przyjechałem o godz.6. Zapisałem czas przejazdu do książki furmankowej, nr biletu, przez kogo wydany i że jestem oswobodzony spod nadzoru policji, gdzie dalej jadę, do jakiej stancji furmanka, ile wiorst, ile się należy, imię i nazwisko furmana.  Pozostały jeszcze 2 rubryki: czas odjazdu i mój podpis, żeby była wydana mi furmanka do stacji Ruzomienskiej na przejazd 19 ½ wiorst.
Dalej opisuje kolejne etapy podróży (Uziemskaja, Ust-Pinega, Chełmogory, Roskowa, Lawle, Ujmy) za które zapłacił 58½ kopiejki. Ciekawie wyglądała podróż z Roskowa do Lawle. Pisze o tym:
Do Roskowa przyjechałem o 2 po południu i dostałem mocno pijanego furmana i narowistego konia.
I tu następuje obszerny opis jazdy po zamarzniętej rzece, wyczynów pijanego furmana i narowistego konia, w skutek czego kilkakrotnie doszło do wywrócenia sań, po których trzeba było zbierać porozrzucane po lodzie bagaże. W czasie jednej z wywrotek chłop ukąpał się w przerębli. Po tej przygodzie dziadkowi udało się w końcu wyrwać lejce z rąk pijanego furmana i delikatnie kierując narowistym koniem szczęśliwie dojechał do Lawle. Poszczególne etapy podróży liczyły po 18-23 wiorst (wiorsta to 1070m). Do Archangielska przyjechał 8 kwietnia o 4 nad ranem, przespał się na stancji pocztowej a potem poszedł obejrzeć miasto. Napisał:
Była niedziela, wszystko pozamykane, a była chęć zjeść tylko coś gotowanego. W końcu restauracje otworzyli, ale w żadnej nie było nic do jedzenia. „Dziś -mówią- każdy w domu po długim spaniu herbatę przekąsi, a do nas idzie dopiero na obiad”. Postanowiłem odnaleźć i zwiedzić kościół Polski w Archangielsku. Obejrzawszy kościół poszedłem na plebani, sądząc, że choć tam dadzą coś przekąsić, ale książątko nawet się nie pokazał, a kawaler organista wysączał ze szklanki herbatę zakąszając chlebem z masłem, trochę gościem-Polakiem zakłopotany. Byłą godz.9, ja się sparłem na komodzie przy ścianie, a proboszcz hulnął koło mnie na podwórko jakby mnie nie widział. Z rozmowy z organistą wywnioskowałem, że proboszcz unika spotkania z zesłańcami-Polakami z obawy żeby go co nie kosztowało, więc stroiłem minę sytego i zamożnego, żeby nie pomyśleli, że mam pretensję do obiadu lub zapomogi. Wolny wygnaniec śpieszy z radością powitać rodaka, a ten rodak ma kłopot. Kupiłem u organisty odkrytkę z kościołem. Rozmawiając o miejscowych Polakach doczekałem się powrotu proboszcza. Ja, mówię jestem Polakiem powracającym do ojczyzny z zesłania i pragnąłem przy sposobności powitać moich drogich rodaków, pierwszych spotkanych po drodze i podaliśmy sobie ręce. Proboszcz fizycznie wyglądał okazale, ale roztargniony spytał czy zesłali mnie za kontrabandę. Po takim zapytaniu niesmacznego uczucia zaznałem. Odpowiedziałem, że za politykę, że wracam swoim kosztem i jestem z lubelskiego, po czym w pośpiechu pożegnałem proboszcza. Po obiedzie wziąłem dorożkę i pojechałem na Foksal (dworzec kolejowy), zapłaciwszy dorożkarzowi 1 rb. Tu wziąłem bilet do Warszawy 14 rb 45 kp i do bagażu 50 funtowego dopłaciłem 94 kp.” Po drodze zatrzymał się w Petersburgu: „Sam Petersburg leży jakby na nasypach, taka płaska równina na jednym poziomie z błotami. Z foksalu do gmachu Dumy dorożka kosztowała mnie 1 rb 30 kp. W „adresowom stole” dowiedziałem się o znajomych mi posłach. Odwiedziłem ich. Podałem list p. Antoniego Hempla, ale nie raczyli mi dopomóc zwiedzać miasto. Jeden obiecał, ale słowa nie dotrzymał, drugi wymówił się brakiem czasu. Zaledwie korzystałem z kuchni i noclegu, co mi pozwoliło trochę połazić. Miasto większe od Warszawy ale Warszawa ładniejsza. Rozmawiałem niezbyt długo z panem Żukowskim. Gruba to ryba ale zimna jak wąż, a pyszna jak żaba w bajce Kryłowa. Czem tu się pysznić kiedy robota w Dumie nie ma zaszczytu ani znaczenia. Niewielki to zaszczyt być prezesem handlowego banku, brać osiemdziesiąt tys. rb rocznie i nic nie dawać dla dobra kraju. Drugim byłem kontentniejszy i rozmawialiśmy poufniej. Jednak muszę być wdzięczny panu Żukowskiemu, że mi przyjęcia nie odmówił gdym mu wspominał o rekomendacji. Jego kucharka okazywała mi szczerą troskliwość. Kobieta już w latach poważna, nie w jednym miejscu już podawała ludziom zdrowy i smaczny posiłek. Nie widząc dwa lata polskiego mieszkania, czułem, że ona zrozumiała moje odczucia, gdym ten polski przytułek nawiedził. I ona swym ciepłem moralnym wygrzewała chłodnego gościa, bo inaczej nie odpoczął bym w tym domu, który mi polecono. Gdym poszedł do niego pożegnać się i podziękować mu za gościnę i za pracę dla Ojczyzny(choć mało z tego pożytku )uścisnęliśmy sobie dłonie .On mnie napominał, żeby się nie dać więcej obałamucić, być ostrożnym, nie zadawać się więcej w politykę, żeby drugi raz nie popaść w ręce żandarmom. I wyszedłem myśląc żyć ”ugodowo”. Był 2 kwietnia. Wziąłem dorożkę za 20k. I pojechałem na dworzec warszawski, skąd o 12.30 wyjechałem. Z Petersburga do Warszawy jest 905 wiorst. Pierwsza stacja Gatczyna, śliczna miejscowość. Tu mi się cudem wydało, że brzoza wypuściła frędzle kwiatowe, ale miejscami jeszcze śnieg bieleje. Przed stacją Poreczie zobaczyłem pierwszego bociana, siejącego chłopa i bydło na pastwisku i tak mi się to dziwnym pokazało, że dopiero jechałem po śniegu głębokim i lodzie, a za parę dni-wiosna. Jak by już minął miesiąc lub półtora od wyjazdu z Pinegi. Pod takim wrażeniem jechałem przez Grodno, aż do Warszawy, po tych lichych gruntach sapowatych piaskach i lasach.
Do Warszawy dziadek przyjechał 25 kwietnia o 9-ej wieczorem. Wziął dorożkę i pojechał do redakcji „Zarania” - pisma, którego był stałym korespondentem. „Zaranie” był to tygodnik wychodzący od 1907 r., redagowany przez postępowych działaczy chłopskich. Jego redaktorem był Maksymilian Malinowski. Do ruchu „Zaraniaczy” należał m.in. lider pozytywistów warszawskich, pisarz i publicysta-Aleksander Świętochowski oraz działacz spółdzielczy i psychiatra Rafał Radziwiłłowicz. "Zaranie” propagowało wśród chłopów hasło „sami sobie”. Z inicjatywy tego pisma w zaborze rosyjskim powstały Kółka Rolnicze oraz gminne kasy oszczędnościowo-pożyczkowe, których pomysłodawcą był galicyjski nauczyciel Franciszek Stefczyk ( stąd popularna nazwa „Kasa Stefczyka”). Współzałożycielem i sekretarzem Kasy Stefczyka w Annopolu później był mój ojciec Józef Zwolski.
W redakcji zaopiekowano się dziadkiem i oddano mu do dyspozycji jeden pokój gdzie złożył bagaże i poszedł nad Wisłę, gdzie czekała na niego żona z dziewięcioletnim synkiem Jankiem. Wrócili razem do mieszkania, przenocowali, a następnego dnia pospacerowali po Warszawie. Po południu poszli do doktora, któremu zostali zaanonsowani przez redaktora „Zarania”. Lekarz bezpłatnie zbadał ich i wypisał receptę, niestety nie mieli pieniędzy na wykupienie lekarstw.
O 11-ej wieczorem wypłynęli statkiem w górę Wisły i 28-go kwietnia wysiedli w Józefowie, gdzie czekali na nich dwaj starsi synowie Teofil i Kostek z furmanką. Najstarszy Józek został w domu bo był chory. Dziadkowi wydało się, że był w tym miasteczku nie dalej jak tydzień temu, jakby dwa lata spędzone na zsyłce były tylko snem.
Kiedy przyjechali do Świeciechowa zbiegli się wszyscy bliżsi i dalsi sąsiedzi, żeby zobaczyć i przywitać zesłańca. Dziadek wycałował się ze wszystkimi, młodsi całowali go po rękach, a on ich całował po głowach. Oddał dokument stwierdzający zwolnienie z zesłania w gminie w Annopolu i podyktował treść raportu do naczelnika, który gmina musiała wysłać wraz z dokumentem. Józek na szczęście wyzdrowiał. Pod kierunkiem dziadka gospodarstwo dobrze prosperowało. Po latach dziadek napisze:
W 1914 roku już miałem budynki nowe, a pola wyrównane, wynawożone i bez chwastów, z płodozmianem. Tę moją krwawą pracę wojna w proch obróciła i ostatni chleb spalił się w piecu wraz z budynkami. Trzy miesiące mieszkaliśmy w piwnicy. Potem znalazłem komorne - dom i oborę po zamordowanym młodym gospodarzu. 
 

I wojna światowa

W sierpniu 1914 po wybuchu I wojny światowej do Świeciechowa wkroczyły wojska austriackie. Ponieważ granica zaboru rosyjskiego (Kongresówka) i austriackiego (Galicja) przebiegała niedaleko (okolice Borowa), już w sierpniu wieś znalazła się w rejonie działań wojennych. Wojska austriackie przekroczyły granice Kongresówki i bez większych przeszkód posuwały się naprzód. Przeszły przez Świeciechów i ruszyły w kierunku Kraśnika.  Po stronie austriackiej walczyła Pierwsza Brygada Józefa Piłsudskiego. Szła przez Świeciechów, Popów w stronę Dzierzkowic i Urzędowa. Między 23, a 25 sierpnia pod Kraśnikiem doszło do krwawej bitwy między I Armią Austriacką generała Dankla,  a rosyjską IV Armią. Wojska austriackie odniosły zwycięstwo, ale kosztem wielkich strat. Bitwa pod Kraśnikiem byłą jedną z największych i najbardziej krwawych bitew I wojny światowej i największym wydarzeniem militarnym w dziejach ziemi lubelskiej.
Tak wkroczenie wojsk Austriackich opisuje w swoich pamiętnikach mój ojciec Józef Zwolski:
Pierwsze moje wspomnienia wiążą się z I wojną światową. Skończyłem 4 lata gdy Austriacy uderzyli na Rosje. gdy wróciliśmy z ojcem z kościoła z lasu wyjechało kilku kozaków. Kazali oni opuścić ludności wieś, gdyż szykowała się tu bitwa. Ludność schroniła się w zaroślach przy Wiśle. Wojska rosyjskie początkowo wycofały się w kierunku wsi Prawno, gdzie stoczono bardzo krwawą bitwę zakończoną klęską Austriaków. Sztab austriacki zarządził przymusowa mobilizację podwód konnych dla pośpiesznego wycofywania się. Zmobilizowano również ojca z wozem konnym. Gdzieś w okolicy Krakowa pocisk trafił w wóz ojca i przysypując rannego ziemią. Wrócił do domu na Boże Narodzenie 1914 roku. Pamiętam te święta. Wigilia wyglądała jak małe wesele. Przy stole zasiedli wujostwo Gołębiewscy, babcia Stawska, dziadkowie Zwolscy, wujostwo Paluchowie, sąsiedzi Suszkowie. Ojciec miał przy sobie dzbanek i przed spożyciem każdej potrawy wlewał do niego tyle łyżek ile było bydła w oborze. W dzień św. Szczepana wraz ze śrutą dawano to zwierzętom.
Już 2 września nastąpiła kontrofensywa Rosjan i w Świeciechowie ponownie pojawiło się wojsko carskie. Dwukrotne przetoczenie się frontu przez nadwiślańskie wioski przyniosło ogromne zniszczenia, wieś została zniszczona w 80%,. również gospodarstwo dziadka zostało spalone. Na domiar wszystkiego zmarła żona Marianna. Poszła do rzeki prać bieliznę, nagle zerwała się burza więc załadowała sobie bieliznę na plecy i biegła do wsi. Widocznie zasłabła, bo zdążyła się dowlec do najbliższej stodoły, tam znaleziono ja na słomie martwą. Najstarszego syna Józka wcielono do rosyjskiej armii w 1915 i słuch po nim zaginął -prawdopodobnie zginął na wojnie. Miał wówczas 20 lat. Drugi z kolei siedemnastoletni Teofil wyjechał do Ameryki. Pozostałe pięcioro rodzeństwa mieszkało w komornym mieszkaniu. Tylko najstarsza 23-letnia Bronka była dorosłą panną, Kostek był 15-letnim chłopakiem, Janek miał 12 lat, Hela (moja matka) 6lat a najmłodszy Leon zaledwie 2 lata. Była z nimi jeszcze 70-letnia babka (teściowa dziadka).
 W międzyczasie w czerwcu 1915 roku wojska austriackie wkroczyły do Annopola, Świeciechowa i sąsiednich wiosek, a od 1 lipca rozgorzały zacięte walki w tzw. II Bitwie pod Kraśnikiem, przegranej przez Rosjan. Świeciechów znów znalazł się pod okupacją austriacką, która trwała do listopada 1918.

Powtórna zsyłka

W 1915 roku, kiedy Świeciechów znajdował się pod okupacją Rosyjską, dziadek otrzymał od władz, rosyjskich talon w wysokości 580 rubli na odbudowę spalonych budynków gospodarskich. Pieniądze miały być wypłacone z kasy powiatowej, ale dziadek nie zdążył ich podjąć, bo 2-go maja 1915r. przed wkroczeniem wojsk austriackich został aresztowany pod zarzutem przynależności do nielegalnej Konfederacji Lubelskiej. Trafił na 9 i pół miesiąca do więzienia.
Po 9 miesiącach więzienia wyrokiem Sądu Wojennego w Smoleńsku Piotr Przywara został skazany na zesłanie do Irkucka „na resztę dni swojego życia”. Od Smoleńska do Moskwy wieziono go zakutego w kajdany. Później możliwość ucieczki byłą mniejsza, więc dalszą drogę na Syberię odbył bez kajdan. Zawieziono go do Tambowa i oddano pod nadzór policyjny.
Dziadek tak o tym wszystkim pisze w swoim wierszu powstałym w Tombowie w 1917r. :
Roku piętnastego
pod męczarnią wojny
do mieszkania mego
wpada orszak zbrojny.
I subskryt żołnierski
na stół położyli
„Tu rewizja budiet”
hardo oznajmili.
Na męki więzienne,
bez dowodów winy
ciągną sługi ciemne.
Sieroty bez matki
i ojca już tracą
ani własnej chatki...
biegną za mną płaczą...
Ja ich chcę pocieszyć
płaczą nie słuchają.
„Bez ojca nam nie żyć!”
Na furę wsiadają.
Przez straż odepchnięte
chwiejąc się zostają,
a konie podcięte
przed batem zmykają.
I ojciec przepada
w zakręcie gościńca.
Mrok w duszę zapada.
Rozpacz niepojęta.
Ciemny zachód słońca.
Dzieci zadumane
załamują ręce,
na nędzę skazane.
Stracone tysiące.
Zabrali, spalili
sierocy majątek
i ojca schwycili
jak z gniazda pisklątek .
I padli ofiarą
ojciec i sieroty
za ojczyznę starą
za przodków niecnoty.
Półczwarta miesiąca
pod śledztwem męczeni
nie dożyli końca-
sześciu legło w ziemi.
Po sześciu miesiącach
ciężkiego więzienia
fałszywy do końca
jest akt oskarżenia
lecz sąd okręgowy
winę upatruje
wyrok jest surowy-
na Sybir skazuje.
Teraz z Włodzimierza
wiozą do Tambowa,
tam życie utraci
więcej niż połowa.
A my co wolności
półżywi dożyli,
towarzyszy kości
łzami poświęcili.
Pozostałe w kraju sieroty musiały sobie jakoś radzić. Miały na szczęście wynajęty dach nad głową, trzy krowy, konia i furmankę. Ciężko było obrobić 18-morgowe gospodarstwo. Wkrótce jednak Bronka wyszła za mąż za 28-letniego Józefa Białka, który pochodził z odległej ok 40 km wsi Lipa za Zaklikowem.
W Tombowie dziadka zakwaterowano przy ulicy Aleksandryjskiej 61. Zaopiekował się nim Komitet Polski. Z niewielu materiałów z tego okresu zachował się krótki list datowany 6 maja 1916 r.
Panie Przywara! Proszę bardzo przed dziesiątą rano pójść do hotelu do p. Pizaniego, u którego dostanie pan przepisywanie. Józef Podczaski - adwokat przysięgły.
Wynika z tego, że dzięki miejscowym Polakom dziadek znajdował dorywczą pracę. Wreszcie 16go lipca znalazł stałą posadę u inż. Kłosowskiego przy budowie kolei. Poczta do Polski prawdopodobnie nie kursowała z powodu wojny, toteż nie znalazłem żadnych listów pisanych przez dziadka do rodziny. W papierach dziadka znalazłem tylko odpis listu do zesłańca o nazwisku Julian Sękowski. List był wysłany z Tambowa 8 listopada 1916r.Oto jego fragment:
Dostaliśmy wreszcie adres Drogiego nam sąsiada -tułacza i udziałowca niewinnych cierpień. Porozpędzani po Rosji odnaleźć się nie możemy. Cierpienia nasze nie miały granic, jeśli były chwile, w których aż w oku mężczyzny łza błysnąć, łza jak dyament piękniej duszy, spotrafiła. Nigdy nie zapomniane będą te wspólne miesiące, co nas połączyły w murach więzienia. Ona połączyły nas ideą, męczeństwem i pragnieniem wolności. Ofiara nie może być niegodną żadnego z naszych braci, ale świętą bezustannie składaną przez naszych poprzedników już prawie dwa wieki. Niektórzy mówią, że ona daremna, ale nieprawda, bo cierpienia są najwyższą pracą moralną. Dlatego nie z żalem, ale z otuchą o nich wspominać będziemy. Dużo kości naszych przodków tu się poniewiera, są one dla nas nieoceniona relikwią. My kochamy to, czego nam nic z duszy nie wydrze. Kochamy to czego jeszcze nie mamy, ale kochamy to co każdy kochać powinien, kochamy to za co złożyliśmy ofiarę już nie pierwszy raz! Pracę nam dobrzy ludzie tu dali i utrzymanie mamy własne, z czego jesteśmy dumni. Choć kulejem przy tej pracy - bo jakżesz to nie kuleć, kiedy człowiek tak złamany. Ale nam przebaczają i my przykrości z cierpliwością i pokorą, dla wdzięczności za ratunek, krztusząc się połykamy. Bo mnie trudno jest przywyknąć do rozkazów, jak się ich całe życie nie słyszało. Robiło się to co się uważało w swem kółku za potrzebne. Obaj mamy obowiązek u pana inż. Kłosowskiego i na własny kawałek chleba nam wystarcza. Trochę jeszcze nam brak zimowej odpowiedniej odzieży, ale, że to nie jedyny brak, więc usunąć go nie łatwo. Brak zdrowia jest największą przeszkodą. Marnie się żyje z rozbitą „kapuścianą głową”. Słuch przytępiony i nerwy poszarpane okrutnie. I byle wzruszenie osłabia siły i powoduje drżenie całego ciała. Pragnienie powrotu do Ojczyzny okrutne. Chory jestem ale pragnę pracy, bo mi z nią lżej, weselej.
            Życie zesłańca było bardzo ciężkie nie tylko ze względu na trudne warunki bytowe, ale również ze względu na dręczącą ich tęsknotę za rodziną, za krajem, za wszystkim co pozostawili bezpowrotnie, jak się wtedy wydawało.
Gdyby z mojej tęsknoty upleść warkocz srebrno-złoty
i zanieść na skrzydłach aniołów do nieba,
to modlić się by już nie było trzeba
 
 

Uwolnienie z zesłania

Dziadek został uwolniony z zesłania pod koniec 1918 roku, w rok po wybuchu rewolucji w Rosji. Nie wiadomo, czy zwolnienie było dziełem bolszewików czy białogwardzistów. W każdym bądź razie niecierpliwie oczekiwana wolność nadeszła dość nagle co wynika z odpisu listu, który dziadek wysłał do zaprzyjaźnionej Polki do Tambowa:
Szanowna Dobra Dobrodziejko! Pani pierwsza podała mi rękę. Pan Józef Podczaski drugi. Wyrzut do Komitetu Polskiego wzrastał, a do Was dwojga wzrastało przywiązanie i szacunek. Dzięki Pani mimo kiepskiego zdrowia zdobyłem sobie uczciwą i honorową pracę, utrzymanie. Dlatego mogę powiedzieć, że Polska Kolonia w Tambowie otworzyła dla nas ramiona, a my z zaufaniem rzuciliśmy się w wasze objęcia, jak w objęcia serdecznej rodziny. Tak nas nagle wyjazd zaskoczył, że nie zdążyłem pożegnać się z szanowną Panią Dobrodziejką. Serdeczne więc dzięki składam za życzliwość niezapomnianej Dobrodziejce i protektorce i Panu Inżynierowi Kłossowskiemu za utrzymanie. Obowiązkiem też jest moim, jak i wielu, z wdzięcznością wspominać i Pana Sędziego Lissowskiego, bo on nam przyśpieszył otwarcie więziennych drzwi, czem jeszcze wielu życie uratował. Ja bym był już 2-ch tygodni tam nie przeżył. Do domu jechałem 5 tygodni i straciłem na drogę 475 rub. W domu zastałem to com pozostawił: dzieci w komornem i pogorzelisko, ale wszyscy żywi. O synu wziętym do wojska dotąd nie mam wieści. Chleba jest dostatek. Drożyzna ta sama co i w Rosji, albo gorzej co do towarów, ale mięso 1f.-3kor., słoniny funt 16 kor., korzec pszenicy ( 240 funtów)  360-380 kor., korzec żyta (230 f.) ­– 250 kor.
Z listu wynika, że tym razem droga powrotna zajęła dużo więcej czasu, niż w 1912, ale droga była dłuższa i jechał przez kraj ogarnięty wojną. Zaskoczył mnie fakt, że funt słoniny był wówczas ponad 5 krotnie droższy niż funt mięsa.
Zachował się dowód osobisty dziadka wydany przez Urząd Gminy w Annopolu14 kwietnia 1920 roku:
Piotr Przywara, stan cywilny wdowiec, 5 dzieci, w wojsku nie służył, trudni się rolnictwem. Rysopis: wzrost średni, włosy szatyn, oczy siwe.

Okres międzywojenny

W czasie powszechnego spisu ludności w 1921 roku dziadek został mianowany komisarzem spisowym  na okręg 83. Zachowała się legitymacja wystawiona 29.09.1921.
W okresie międzywojennym, dzięki pracy całej rodziny oraz pożyczce z Funduszu Odbudowy, stopniowo odbudowano budynki. Początkowo dziadek miał zamiar zbudować dom o wymiarach 22x15 łokci i prowadzić w nim szkołę. W 1928 roku otrzymał od Starostwa w Janowie Lubelskim 40 metrów sześciennych  drzewa w formie pożyczki. Z uzyskanym dokumentem udał się do leśnictwa, ale okazało się, że drzewo które mu zaoferowano było przebierane przez dwa lata od ziemi podgniłe, krzywe, bielaste, a więc nietrwałe i porżnięte na bale nieodpowiednich do wymiaru domu. Zwrócił się więc z pismem do Starosty o przecenę drewna, lub zmianę przydziału. Po 6 miesiącach (co za biurokracja) otrzymał odpowiedź, że Nadleśnictwo Lasów Państwowych w Dzierzkowicach nie posiada innego drzewa i należy zwrócić asygnatę do starostwa celem przedłużenia na następny rok. Dziadek nie mógł jednak czekać nie mając stodoły na zboże, więc z przydzielonego drzewa postawił stodołę, a na drzewo na dom poczekał do następnego roku. Dom, który wybudowano i w którym się urodziłem był niewielki, zbudowany z drewnianych bali, kryty strzechą. Składał się tylko z jednej izby, która służyła za sypialnię i kuchnię, sieni i komory. Najstarsza Bronka wyszła za mąż jeszcze w 1915 i z mężem wybudowali sobie oddzielny dom. Kostek ożenił się z Antoniną Wilkówną i pobudował się na placówce żony, później wyjechał na emigrację do Francji. Teofil wyjechał do Ameryki. W domu pozostały dzieci Jan, Hela i Leon.
Osobliwością wsi Świeciechów jest parafia św. Jana Chrzciciela, jedna z największych placówek Kościoła Polskokatolickiego. Kościół Polskokatolicki narodził się w 1898 roku w Stanach Zjednoczonych w  Scranton w Pensylwanii. Proboszczem parafii składającej się głównie z polskich emigrantów był Niemiec, a biskupem Irlandczyk. W parafii pracował Polak ksiądz Franciszek Hodur. Proboszcz był arogancki, chciwy, wygrażał z ambony i kazał śpiewać po angielsku. Polacy zbuntowali się i założyli komitet parafialny. Proboszcz wezwał policję, byli ranni. Polacy za radą księdza Hodura sami zbudowali kościół i zwrócili się do księdza Hodura by objął parafię. Ponieważ Watykan odmówił uznania kościoła, ksiądz Hodur powołał Polski Narodowy Kościół Katolicki. Ksiądz za to został obłożony klątwą, którą zdjął dopiero podczas swego pontyfikatu Jan Paweł II.
Podobne wydarzenia jak w Scranton miały miejsce w Świeciechowie. Polsko - katolicki Kościół w Świeciechowie powstał w roku 1928, w związku z konfliktem na tle odwołania proboszcza parafii księdza Lorenca. Tak powstanie parafii Polskiego Narodowego Kościoła Katolickiego wspomina mój ojciec:
Ksiądz Lorenc był lubiany. Gdy biskup chciał odwołać Lorenca rada parafialna wystosowała petycję, a gdy to nie pomogło ok. 100 kobiet zebranych przed kościołem przegoniło księdza dziekana wraz z nowym proboszczem. Po kilku dniach nowy proboszcz Antoni Osuch po cichu dostał się na parafię. Rozjuszony tłum rzucił się na niego, gonił wokół plebanii z okrzykiem „Utopić go! Utopić”,  tak że zamknął się on w kościele. Zaalarmowane władze przysłały kilkudziesięciu policjantów, którzy zajęli stanowiska na cmentarzu i szwadron 24-Pułku Ułanów. Mimo, iż 95% ludności wypowiedziało się za kościołem narodowym, ksiądz Lorenc uspokoił ludzi, uznał własność kościoła katolickiego i przeniósł świątynię do remizy. Nowy kościół pozostał tam na stałe. Wybudowano nową remizę.
W 1934 roku dziadek dokonał podziału majątku i córce Helenie, a mojej matce przypadł dom i budynki gospodarcze. Pozostał on później na utrzymaniu moich rodziców. Pomimo tego, iż na zesłaniu stracił zdrowie, posiadał orzeczenie o niezdolności do pracy fizycznej i o 50% utracie słuchu, dziadek nie brał żadnej zapomogi państwowej, nie otrzymał pieniędzy ze skarbu państwa. Utrzymywał się z pisania pism urzędowych i podań dla innych. Starał się o wypłatę pieniędzy przyznanych mu w 1915 roku  na odbudowę spalonych w czasie działań wojennych budynków. 29 lutego 1929 roku wysłał nawet list do Marszałka Sejmu, w którym napisał:
Straty wojenne obliczone na 5760 rb mogły mi przywrócić teraz byt, ale okrutnym wyrokiem sejmu zostały pogrzebane. Mnie więzili za ojczyznę, straciłem w czasie wojny cały majątek i syna. Zatrzymanie strat wojennych uważam za wielką niesprawiedliwość. W 1915 roku w parę dni przed aresztowaniem dostałem talon od Rosji na wypłatę z Kasy Powiatowej 580 rb. tymczasowej zapomogi na odbudowę, alem już nie zdążył ich otrzymać.
List nie odniósł skutku, natomiast dwa lata później, na skutek poparcia Stowarzyszenia Więźniów Politycznych przyznano mu rentę decyzją Ministra Skarbu 18 czerwca 1938:
Ministerstwo Skarbu Dekret. Do Pana Piotra Przywary. Przyznaję Panu począwszy od dnia 1 maja 1938 r., jaku byłemu skazańcowi politycznemu zaopatrzenie w wymiarze dla samotnych w wysokości zł 125 miesięcznie. Podsekretarz Stanu T.Grodziński.
Z otrzymanych pieniędzy od razu 140 zł pożyczył Janowi Wawrzonkowi, z którym się przyjaźnił, na prowadzenie sklepu i pieniędzy tych nie odzyskał. Przyznana pensja była znaczna jak na tamte czasy, równa pensji nauczyciela. Cieszył się ją jednak tylko do wybuchu wojny we wrześniu 1939.
 W 1935 roku moja matka Helena wyszła za mąż za Józefa Zwolskiego, który zamieszkał w domu swojego teścia. Mój ojciec od dzieciństwa lubił się uczyć. Jak pisze w swoich pamiętnikach:
Od najmłodszych lat pomagałem rodzicom, chociaż może najmniej z rodzeństwa, bo najdłużej chodziłem do szkoły. Do nauki ciągnęło mnie od wczesnego dzieciństwa. Poszedłem do szkoły w 1918 r. Zimą chodziłem przez zamarzniętą rzekę. raz wpadłem do przerębli, ale na szczęście skończyło się na kąpieli. W szkole należałem do dobrych uczniów, więc kierownik Mich /zwany „Mnichem” ze względu na przesadną religijność/ zaproponował ojcu by mnie dalej kształcił.

Okres okupacji

Moje pierwsze osobiste wspomnienia o dziadku przypadają na okres II wojny światowej. Urodziłem się bowiem w październiku 1936 roku, na 3 lata przed wybuchem wojny. Kiedy w 1918 roku dziadek Piotr wrócił z zesłania, nie miał środków na odbudowę spalonego na skutek działań wojennych domu. Jak już wcześniej napisałem, zbudował niewielki dom składający się z 1 izby, sieni i komory. W tej izbie cisnęliśmy się  we czwórkę: dziadek moi rodzice i ja. Moje dzieciństwo przypadło na okres okupacji, ale Niemcy rzadko zaglądali do wsi więc dla mnie życie toczyło się normalnie. Tylko jedno wydarzenie pozostawiło mi traumę na całe życie. Niemcy pozamykali wszystkie wiatraki i młyny. Całe zebrane zboże rolnicy musieli oddawać w ramach kontyngentu a w zamian otrzymywali kartki na mąkę, cukier i wódkę. Nie wolno było mleć zboża na mąkę, a za złamanie zakazu groziła kara śmierci. W pobliżu naszego domu na polu na wzniesieniu stal wiatrak należący do rodziny Bonieckich. Dobrze ich znalem bo przyjaźnili się z Białkami. Kiedy Niemcy zamknęli wiatrak, Boniecki mełł zboże na młynku u swojego sąsiada Woźniaka. Ktoś musiał donieść o tym Niemcom, bo któregoś dnia w 1942 roku wpadli do wsi i aresztowali obydwu chłopów. Odbył się sąd doraźny, który skazał ich na śmierć. Egzekucja odbyła się w sadzie po przeciwnej stronie drogi. Spędzono wszystkich mieszkańców wsi żeby zobaczyli czym grozi złamanie zarządzeń okupanta. Widok zabijanych ludzi był dla mnie straszliwym wstrząsem psychicznym. Zrobiło mi się słabo. Nie mogło mi się pomieścić w głowie jak można odebrać życie człowiekowi.
W tym samym dniu kiedy rozstrzelano Bonieckiego i Woźniaka, wywleczono z naprzeciwka czteroosobową rodzinę żydowską i natychmiast rozstrzelano. W tydzień później około 150 Niemców i Ukraińców okrążyło Świeciechów. Rozstrzelali 31 Żydów ze wsi oraz zabrali 20 chłopów jako zakładników. Nikt z nich nie powrócił.
Uwielbiałem chodzić z dziadkiem Piotrem Przywarą na pole i do lasu. Uczył mnie obserwować przyrodę, zachwycać się jej pięknem. Zawsze ze spacerów przynosiłem jakieś nowe wiadomości. Musiałem głośno mówić bo dziadek miał przytępiony słuch wskutek choroby uszu, której nabawił się w czasie zesłania na Syberię. Wypytywałem o wszystko- jakie to zwierzę czy roślina, do czego jakie zioło służy i zawsze otrzymywałem wyczerpującą odpowiedź. Ponieważ obydwaj mówiliśmy bardzo głośno, ludzie już z daleka nas słyszeli i wiedzieli ze idzie Piotr Przywara ze swoim wnuczkiem. Potem dziadek nauczył mnie czytać i pisać tak dobrze, że od razu zostałem przyjęty do drugiej klasy. Budynek szkolny był drewniany zbudowany specjalnie na ten cel a nie zaadaptowany z wiejskiego domu, jak to się często na wsiach zdarzało. Miał duże okna i dużą widną salę lekcyjną, w której uczyły się dzieci z wszystkich klas. Oprócz elementarza uczyliśmy się z czasopisma dla dzieci „Ster” wydawanego za zgodą okupanta. Z wielką niecierpliwością czekałem, zawsze na kolejny numer gazetki, wdychałem z przyjemnością zapach świeżej farby drukarskiej i chłonąłem nowe wiadomości.
W czasie okupacji dziadek znowu był na utrzymaniu moich rodziców. Dziadek lubił spacerować po polu i lesie, czytać oraz pisać wiersze w plenerze, natchnione patriotycznie ojczystą przyrodą. Rękopisy wierszy tylko były przekazywane między znajomymi.
O okresie okupacji ojciec oczywiście wiedział znacznie więcej niż ja. Tak okres ten opisuje w swoich pamiętnikach:
Od pierwszych dni okupacji Niemcy stosowali terror wobec ludności Świeciechowa. Aresztowali między innymi mojego szwagra Dominika Bownika. twierdził, iż w czasie 5 miesięcznego pobytu w areszcie w Annopolu najbardziej dokuczały mu wszy „z ogonami”. Sąsiednia wieś Rachów została przez SS zniesiona z powierzchni ziemi. W 42 r. władze okupacyjne zamknęły młyny i wiatraki. Chłopi by zaspokoić głód używali do przemiału młynków do gryki. 8 sierpnia komisarz SS Łazarczyk z 40 Ukraińcami okrążył gospodarstwo Woźniaka, gdzie odbywał się przemiał. Aresztowano 24 osoby oraz z naprzeciwka wywłóczono 4-osobową rodzinę żydowską i natychmiast rozstrzelano. Następnego dnia po wyjściu ludzi z kościoła kazano wszystkim stanąć na rozprawę, której przewodniczyło 3 oficerów żandarmerii pod osłoną ok.100 żołnierzy. Woźniak i Bonecki skazani zostali na karę śmierci-wyrok wykonano natychmiast w sąsiednim sadzie. Pozostałe 22 osoby wywiezione zostały do obozu koncentracyjnego, skąd nikt nie powrócił. Tydzień później 150 żandarmów okrążyło Świeciechów  i zabrało 20 zakładników. Nikt nie powrócił. Tego samego dnia rozstrzelano 31 Żydów ze wsi. W czerwcu 1942 Jan Bownik „Olcha” wciągnął mnie do Gwardii Ludowej i przybrałem pseudonim „Ziomek”. Powierzył mi funkcje dowódcy drużyny oraz instruktora szkolenia bojowego i wywiadowcy. Oddział liczył 36 członków. Poza G.L. inne ugrupowania nie przejawiały na tym terenie aktywności. Mój brat cioteczny Janek Paluch założył wprawdzie oddział B.Ch., ale liczył on tylko 4 członków.
 Zwraca uwagę, iż mój ojciec wstąpił do G.L. przypadkowo, chcąc walczyć z nienawidzonym okupantem, zupełnie nie biorąc pod uwagę uwarunkowań politycznych. Jako przedwojenny podoficer, człowiek światły - więc jak na ówczesne uwarunkowania wykształcony, został instruktorem szkolącym żołnierzy ruchu oporu.
Dziadek zaś wspomina tak okupację niemiecką:
W wojnę przez Niemców nie byłem prześladowany, ale raz spotkany w polu w kożuchu i połamanym kapeluszu z książką, bez dowodu, zostałem aresztowany i zagrożony śmiercią, ale z powodu spokoju, starości i głuchoty, zostałem zwolniony przez komendanta, który gestem wstrzymał rewolwer żołnierza.
W tym czasie dziadek zachował krytyczny stosunek do wszystkich opcji politycznych, nie identyfikował się z żadną. W jego notatniku w zapiskach z lutego 1942 czytamy:
Obecnie 3 systemy walczą o panowanie:
  1. Demokracja liberalna, która daje masom formalnie polityczną wolność, jednak wyklucza je od większości dobrodziejstw majątkowych
  2. Komunizm, który rozdziela dochód majątkowy równo, ale nie przyznaje masom jakiejkolwiek władzy
  3. Faszyzm, który wyklucza znamienną większość zarówno od władzy, jak i od majątku
Socjalizm chce wprowadzić drobne niezależne gospodarstwa w kooperatywy.  
Współcześni mieli trochę pretensje do niego, iż nie wypowiedział się jasno za żadną opcją polityczną ruchu podziemnego, ale historia przyznała mu racje. Spory pomiędzy ugrupowaniami partyzanckimi doprowadziły później do bratobójczych walk, w których wzajemnie mordowali się sami Polacy. Gdy zbliżała się Armia Czerwona coraz zacieklej zaczęto walczyć o przyszłą władzę w kraju, starając się wyeliminować nie tylko okupanta niemieckiego, ale także pobratymców o innych poglądach politycznych. Wydaje się, iż Piotr Przywara chcąc zasiać ludziom wątpliwość co do słuszności działań jakiejkolwiek opcji, chciał nie dopuścić do eskalacji konfliktu, które gorzkim owocem były walki ugrupowań i mordy na ludności cywilnej wspierającej którąś z tych opcji. Przypomnę tylko o brutalnych mordach dokonanych w naszej okolicy w Borowie, w Rzeczycy, Karpiówce i innych. Zdarzało się, iż partyzanci z oddziałów GL, AK, BCh, NSZ strzelali do siebie nawzajem, lub donosili okupantowi na siebie.
            Ja w czasie okupacji byłem dzieckiem i poza ze stresem związanym z widokiem zabitych sąsiadów moje życie toczyło się tak jakby wojny nie było. Bawiłem się z innymi dziećmi, potem chodziłem do szkoły.
Poza szkołą głównym moim obowiązkiem było pasanie krów. Pastwiska znajdowały się za rzeką. Żeby dojść do naszego błonia trzeba było gonić krowy gościńcem w kierunku Bliskowic, potem skręcić w stronę rzeki i przegonić krowy przez płyciznę. Największa frajda była jesienią kiedy następowało „ogólne”. Wtedy wszystkie pastwiska oraz pola po burakach stanowiły przejściowo wspólną własność. Krowy mogły sobie chodzić gdzie chciały, nie trzeba było pilnować żeby nie weszły w szkodę do sąsiada. Zbieraliśmy się z kolegami w większe grupy, paliliśmy ogniska, piekli ziemniaki lub buraki. Mieliśmy też swoistą zabawę. Brało się puszkę po konserwie, nakłuwało w niej dziury gwoździem i uwiązywało na sznurku. Do puszki wkładaliśmy żarzące się kawałki drewna. Kiedy kręciło się sznurkiem z puszką na końcu- drzewo zapalało się płomieniem a kiedy zwalniało się obroty – ogień przygasał. Biegaliśmy po całym pastwisku wywijając tymi puszkami.
 W zimie ślizgaliśmy się na łyżwach zrobionych domowym sposobem. Polano drzewa strugało się kozikiem aż powstawało coś co przypominało mała łódkę, ale nie wydrążoną. Od dołu przymocowywało się drut służący za ślizg. Taka łyżwa była przymocowana do buta przy pomocy rzemyków lub sznurka.
Kiedy nauczyłem się ślizgać- jeździłem z kolegami na łyżwach po rozlewisku rzeki. Niewielka rzeczka po jesiennych słotach, rozlewała się na otaczające łąki na szerokość kilkudziesięciu metrów. Po zamarznięciu tworzyło się ogromne lodowisko długie na 2 kilometry. Zaczynało się mniej więcej od środka wsi od rozlewiska zwanego Krzywą Rzeką i ciągnęło aż do Jeziora (w stronę Annopola). Jezioro mieściło się u podnóża wzniesienia, na którym stał kościół rzymsko-katolicki. Było ono własnością rządcy który nazywał się Szulc (był Polakiem). Obecnie jezioro to prawie całkowicie znikło. Wtedy było dość pokaźne, tu znajdowały się źródła i stąd wypływała rzeka. W jeziorze w wielu miejscach woda była niezamarznięta i głęboka, toteż unikaliśmy tego miejsca. Natomiast na pozostałej części lodowiska mogłem z kolegami hasać ile dusza zapragnie. Trzeba było tylko uważać na wystające spod lodu kępy tataraku i pałki wodnej. Zjeżdżało się też na butach lub na sankach po uklepanym śniegu.
W zimowe wieczory kobiety z sąsiadujących ze sobą domów zbierały się na darcie pierza. Siadywałem często w kącie i słuchałem ludowych piosenek i opowieści. Kobiety opowiadały o duchach i przestrogach. Któraś widziała duszka na dachu. Inna mówiła że jak ktoś ma umrzeć, to wcześniej słyszy się stukanie do okna lub jakby uderzenie rózgą w okno albo święty obrazek spada ze ściany. Po wysłuchaniu tych historyjek, bałem się wyjść z izby w ciemną noc.
Z nadejściem wiosny zaczynały się zabawy w wojsko. Dowodził nami starszy od nas syn bogatego gospodarza – Jezierskiego. Każdy z nas miał karabin wystrugany z drzewa i przewieszony na plecach na sznurku. Uczyliśmy się musztry, maszerowaliśmy śpiewając wojskową piosenkę „zielony mosteczek”. Robiliśmy też pukawki z czarnego bzu. Z prostego odcinka gałęzi bzu wycinało się kawałek długości około 30 centymetrów. Usuwało się miękki środek i powstawała rurka z drzewa. Sporządzało się tłok dopasowany z grubsza do światła pukawki. Z kłącza tataraku robiliśmy korki, którymi zatykaliśmy obydwa końce rurki. Teraz tłokiem wpychało się do rurki jeden z korków. Kiedy powietrze w rurce było mocno sprężone- wypychało z dość dużą siłą drugi korek, który był wystrzeliwany z głośnym puknięciem. Czasem korki robiliśmy z surowego ziemniaka, bo to było łatwiejsze.
Sporządzaliśmy sobie tez fujarki i gwizdki z wierzby. Wiosną kiedy pod korą gałązki wierzbowej było dużo soku obijało się z niej korę i wówczas łatwo ześlizgiwała się z drewna. Wyjęte drewno obrabiało się w odpowiedni sposób i z powrotem wkładało do tutki.
Inną zabawą były bitwy na kamienie między nami, chłopakami ze środka wsi a „końcakami” jak nazywaliśmy przeciwników z końca wsi. Rzucaliśmy do siebie kamieniami, którymi mieliśmy wypchane kieszenie, usiłując trafić w „końcaka” a równocześnie uskakując przed kamieniem rzuconym z przeciwnej strony. Aż dziwne ze nie doszło do jakiegoś wypadku. Prawdopodobnie dlatego że utrzymywaliśmy dość dużą odległość.
Kolejną atrakcją byłą jazda na fajerce. Ten żeliwny krążek wypożyczony z kuchni popychało się drutem wygięty na końcu w kształt litery ”U”. Początkowo chodziło o to, żeby toczyć fajerkę i przebiec z nią jak najdłuższy dystans po prostej drodze. Po nabraniu wprawy pokonywało się przeszkody, górki i zakręty.
Lubiłem chodzić do położonego po drugiej stronie lasu Anielina. Mieszkała tam moja cioteczna siostrą Władka, która wyszła za mąż za Bolka Jarosza. Rosło tam dużo czereśni, którymi się objadałem. U ciotki Bronki też była wielka czereśnia. Raz spadłem z niej z dość wysoka i upadłem plecami na trawę. Tak sobie stłukłem płuca, że przez dłuższy czas nie mogłem złapać oddechu. Dobrze ze nie nadziałem się na sztachety, bo skończyłoby się tragicznie.
W Wiśle nie kąpaliśmy się, bo nie nadawała się na kąpielisko. Można było tylko brodzić przy brzegu lub popływać łódką. Jeśli była sucha pogoda i niski poziom wody na Wiśle – tworzyły się „łachy” wysepki z piachu. Czasem woda w tych miejscach była płytka można było przejść na łachę i bawić się tam w piasku. Do pływania najbardziej nadawało się rozlewisko Rzeki na końcu wsi, zwane „zieloną wodą”. Po obydwu brzegach były pastwiska, więc dostęp do wody był bardzo dobry. Uczyliśmy się pływać przy pomocy pływaków z sitowia. Związywało się je w dwa małe snopki i łączyło sznurkami. Kładliśmy się na sznurkach a pływaki z obydwu boków utrzymywały nas na powierzchni wody. Kiedy nauczyliśmy się pływać, to urządzenie nie było już potrzebne. Oczywiście nie było to pływanie stylowe.
Ze świąt najbardziej lubiłem Boże Narodzenie. Już na wiele dni przed świętami robiłem z mamusią ozdoby choinkowe. Robiliśmy łańcuchy z kolorowego papieru, aniołki, jeżyki, koszyczki, ptaszki. Z wyciętej w kształcie gwiazdy tektury oraz złotka po czekoladzie lub cukierkach powstawały srebrne błyszczące gwiazdy. Poza tym na choince wieszało się jabłka, ciastka, cukierki. Na koniec przypinało się do wystających gałązek- świeczki. Wigilie urządzaliśmy wspólnie z rodziną stryja Dominika, którego gospodarstwo było w bliskim sąsiedztwie. Ciotka Zośka była świetną gospodynią. Podziwiałem jak szybko i sprawnie wszystko robiła. Dania wigilijne tez przyrządzała świetnie. Ciotka podawała kolejno różne postne potrawy: kapustę, fasolę, kartofle maszczone olejem i różne potrawy z kasz. Najbardziej lubiłem kluski z makiem i polewkę owocową z suszonych jabłek, gruszek i śliwek z kluskami oraz makowiec. Wieczerzę wigilijną zwaną postnikiem, rozpoczynało się wraz z pojawieniem się pierwszej gwiazdki. Od rana pościło się, więc na wigilijną kolacje czekało się z niecierpliwością. W rogu izby stał snop żyta a pod obrusem pachniało siano.
Na Wielkanoc tak jak i w każdą niedzielę szedłem z matką do kościoła. Natomiast w Wielki Poniedziałek z krzykiem i śmiechem biegaliśmy po wsi i oblewali się wodą. Chodziliśmy też po domach. Każdy z nas miał mała butelkę z wodą, do której dolewaliśmy wody kolońskiej. Tą wodą kropiliśmy gospodynie i dziewczyny a w zamian dostawaliśmy ciastka z domowego wypieku posypane cukrem i pachnące wanilią. Były również inne ciasta.
W Zielone Świątki szliśmy nad Krzywą Rzekę i przynosiliśmy naręcza liści tataraku. Tym tatarakiem każdy wyścielał ulice od drogi do swojego domu. Ja i każdy z moich kolegów mieliśmy ambicję żeby jego ulica była najgęściej usłana zieleniną.
W Świeciechowie odpusty odbywały się dwa razy w roku na: Małgorzatę w kościele „rzymskim” i na Jana w kościele „narodowym”. Mieszkańcy wsi i okolicznych wiosek przychodzili na obydwa odpusty niezależnie od przynależności do wspólnoty wiernych. Na odpuście można było kupić lody, cukierki, gwizdki, fujarki, dla dziewczyn koraliki i broszki oraz wiele innych rzeczy. Wielką atrakcją były tez sobótki. W noc Świętojańska paliliśmy na łąkach ogniska. Pamiętam ten nastrój. Dookoła ciemna noc a tu ogień bucha wysoko, iskry lecą w niebo, a my skaczemy przez ognisko.
Któregoś lata, chyba w 1943 roku, nastąpił letni wylew Wisły. Woda podeszła prawie do samej wsi. Po obfitych deszczach nastała piękna, słoneczna pogoda. Na płyciznach słońce podgrzało wodę do letniej temperatury. Pamiętam jak brodziłem po łące w tej ciepłej wodzie, pod stopami trawa przyjemnie łaskotała w podeszwy. chodziłem jak po miękkim dywanie. Woda w tym miejscu była przeźroczysta jak kryształ. Widać było pływające rybki i kijanki.
W ostatnim roku wojny wiosną 1944 roku do Świeciechowa zawitał oddział Armii Ludowej. Partyzanci zatrzymali się we wsi na kilka godzin. Dla nas dzieci to była wielka atrakcja. Oglądaliśmy karabiny, pepesze, granaty ale największe wrażenie robił ciężki karabin maszynowy Diegtierewa (przekręciliśmy jego nazwę na „dyktyrow”). Partyzanci zabrali do oddziału kilkunastu chłopaków, miedzy innymi mojego ciotecznego brata Adama Białka. Część z nich zginęła w czasie największej bitwy partyzanckiej w lipskich lasach. „Adachowi” (bo tak go nazywano) udało się ujść z życiem.
W lipcu 1944r. Niemcy wycofywali się za Wisłę. Jechali przez Świeciechów do mostu w Annopolu. Pamiętam tumany kurzu i zapach spalin przejeżdżających samochodów i motocykli. Zaraz jednak musiałem pójść na pastwisko, żeby dopilnować krów. Miały przepełnione mlekiem wymiona i chciały wracać do obory. Nie mogłem im na to pozwolić, bo Niemcy wycofując się rekwirowali krowy. Z pastwiska wróciłem dopiero pod wieczór kiedy okupanci przewalili się przez wieś. Gdy nadeszli Rosjanie Niemcy zza Wisły ostrzeliwali ich z armat. Z kolei rosyjskie samoloty bombardowały niemieckie pozycje za Wisłą. Siedzieliśmy wszyscy w piwnicy czekając na zakończenie ostrzału. Kiedy wyszliśmy okazało się że szrapnel rozerwał się na odłamki na naszej brzozie zaledwie kilka kroków od piwnicy w której ukryliśmy się.
Kiedy front ustabilizował się na Wiśle to Armia Czerwona nakazała ewakuacje ludności 15km od Wisły. Zaczęli wysiedlać ludność z nadwiślańskich wiosek do bardziej oddalonych od frontu. We wsi pozostało trochę starszych mężczyzn, którzy wykupili się Rosjanom przy pomocy bimbru. Został również mój dziadek którego Rosjanie poważali bo mówił doskonale w ich języku, znał ich zwyczaje. Powiedziano im, że walczył z caratem i tak jak ich Stalin był zsyłany na Syberię. Dziadek oczywiście nie chwalił się, że był Sybirakiem bo walczył o wolną Polskę. Bez trudu nawiązał bliskie stosunki z sowieckimi dowódcami,  załatwił nawet u komendanta pozwolenie na pozostanie we wsi swoim sąsiadom. Od rosyjskich żołnierzy za wódkę można było kupić „tuszonkę” (bardzo smaczna konserwa), koc a nawet szynel. Kupił także dla siebie i dla innych od żołnierzy ubrania i sprzęt potrzebny w gospodarstwie zdobyty przez Rosjan na Niemcach.
Nasza rodzina została wysiedlona najpierw do niedalekiej wioski Baraki, a potem do odległej o 15 km wsi Ludmiłówka.
Pewnego razu do domu w którym przebywaliśmy przyszło dwóch rosyjskich żołnierzy. Mieli nawinięty na bęben kabel. W nocy nagle zniknęli a razem z nimi budzik i butelki z bimbrem. Myśleliśmy że kabel zaprowadzi nas do nich. Okazało się że był przywiązany do drzewka owocowego w pobliżu domu. Od rosyjskich żołnierzy za wódkę można było kupić „tuszonkę” (bardzo smaczna konserwa), koc a nawet szynel.
Któregoś jesiennego dnia ojciec pojechał koniem nad Wisłę żeby ukopać ziemniaków ze swojego pola. W tym czasie zaczęła się strzelanina między Rosjanami a znajdującymi się po drugiej stronie Wisły Niemcami. Później opowiadał, iż przez to znalazł się w większym niebezpieczeństwie niż przez całą okupacje. Zauważył go rosyjski patrol. Gdyby go złapali natychmiast zostałby rozstrzelany jako szpieg. Po jednej stronie drogi rosło wysokie zboże, a po drugiej buraki. Ojciec wiedziony jakimś partyzanckim zmysłem ukrył się na polu buraków.  Rosjanie szukali w zbożu, nie zwracając uwagi na pole buraków - nawet do głowy im nie przyszło, że tam mógłby ktoś się próbować chować. Przez całą noc przeleżał bez ruchu, a dopiero świtem zdrętwiały z zimna powrócił do domu.
W Ludmiłówce Zalesiu wraz z kilkoma innymi rodzinami spaliśmy w stodole należącej do miejscowego właściciela ziemskiego. Nieopodal stodoły był okop ciągnący się kilkanaście metrów. Każda rodzina zrobiła sobie swoją kuchnię. W ścianie okopu była wydrążona jama która kończyła się przewodem biegnącym do powierzchni do odprowadzenia dymu. W ziemnej komorze było palenisko na którym gotowały się potrawy. Często chodziłem z matka do niedalekich Dzierzkowic, gdzie była wysiedlona rodzina mojej ciotki Bronki. Na łąkach znajdowało się lotnisko polowe. Obserwowałem jak rosyjskie samoloty zataczały koło i leciały za Wisłę żeby zbombardować niemieckie pozycję. Piloci pozwalali mi przyglądać się z bliska samolotom, a któryś z nich wziął mnie nawet do kabiny. Zdarzało się że lotnicy częstowali mnie tuszonką. Jej smak czuję do dzisiaj bo w tym czasie przymieraliśmy głodem. Kiedy przyszła zima dziedziczka udzieliła nam gościny w jednym z pokojów.
W styczniu ruszyła ofensywa wojsk rosyjskich i front przesunął się na zachód. Mogliśmy wrócić do Świeciechowa.
Któregoś dnia ojciec zabrał mnie do Annopola. Miasteczko było wyludnione i zrujnowane. tam gdzie wcześniej było gwarno i ludno- pozostały gruzy, a ocalałe domy stały opustoszałe z wybitymi oknami i otwartymi na oścież drzwiami. Toteż przez kilka miesięcy po przejściu frontu władze gminy mieściły się w Świeciechowie. Przed II wojną światową zdecydowaną większość mieszkańców Annopola, czyli Rachowa, jak nazywała tradycyjnie miasteczko miejscowa ludność, stanowili Żydzi. W ich rękach znajdował się cały handel i praktycznie całe rzemiosło: byli krawcami, szewcami, cholewkarzami, piekarzami, stolarzami. Ludność polska mieszkała na obrzeżach i trudniła się głównie rolnictwem. Na jarmarki do Rachowa, jak napisałem na początku, zjeżdżali się Żydzi nieraz z dalekich miasteczek. Również w Świeciechowie mieszkało kilka rodzin żydowskich. Byli traktowani przez polska ludność jak zwykli sąsiedzi. Pamiętam ich jak przez mgłę. Przypominam sobie, że do mojej matki często przychodziła żydówka o imieniu Ryfka w celach towarzyskich. Poczęstowana kiedyś rosołem z makaronem, skrytykowała, że jest za mało tłusty, u nich robią na tłustej gęsinie. Zjadła sam makaron, zostawiając wywar mówiąc „a na co mi woda?”. Została ona zamordowana przez Niemców jak jej współrodacy w 1942 roku. natomiast ludność żydowską z „Rachowa” wywieziono do getta do Kraśnika, do obozu pracy w pobliskim Budzyniu oraz do obozu zagłady w Bełżcu.
 

Czasy powojenne

Kiedy nastała wiosna zaczęło się penetrowanie byłych rosyjskich pozycji na wzniesieniu pod lasem. Nie wiem dlaczego, ale Rosjanie w okopach, ziemiankach i dookoła pozostawiali mnóstwo sprzętu i amunicji. Poniewierały się pociski armatnie, granatniki i jakieś krążki spiralnie zwinięte. Paliły się momentalnie więc doszliśmy do wniosku że był to rodzaj prochu do dział. Było pełno amunicji. Ja miałem w stodole pod słomą cala skrzynkę naboi. Strzelało się z nich uderzając gwoździem w spłonkę a jeszcze lepiej wykorzystując mechanizm wykręcony z miny. Na terenie między wsią a Wisłą było parę pól minowych. W każdej minie było urządzenie, które powodowało wybuch miny. Była to gilza czyli tulejka w której znajdowała się iglica z naciągniętą sprężynką. Gilzę można było ostrożnie wykręcić i ten mechanizm służył nam później do strzelania z naboi. Rozbrajanie min było bardzo niebezpieczne. Wystarczył jeden nieostrożny ruch i mina wybuchała. W ten sposób zginął starszy syn mojej ciotki Zofii Bownikowej. Miał ręce w strzępach, wnętrzności na wierzchu. Zmarł po kilku godzinach męczarni.
Tymczasem wiosną 45 odbyła się parcelacja majątków dworskich i przydzielanie ziemi chłopom. Ojciec został przewodniczącym komisji do spraw reformy rolnej. W komisji było 7 chłopów: ze Świeciechowa, z Bliskowic, ze służby dworskiej w majątku w Wałowicach. Wszyscy byli zastraszeni, bali się podziemnych oddziałów. Oddział NSZ zabił w tym czasie 2 milicjantów. Moja matka oraz siostry i bracia ojca radzili mu żeby się wycofać z działalności, ale ojciec uparł się, jak coś zaczął robić to chciał być konsekwentny. Pod koniec kwietnia do wsi wkroczył około 150 osobowy oddział NSZ. Zdemolował posterunek MO i siedzibę gminy, zastrzelili 2 milicjantów i zagrozili śmiercią tym, którzy trzymają z komunistami. Ojciec powiedział, iż w czasie parcelacji otrzymywał pogróżki że zostanie zabity, mówił, że czuje się zagrożony i w lipcu 1945r. wraz z rodziną wyjechał do Kraśnika. Być może po prostu nie chciał uczestniczyć w zabieraniu ziemi byłym właścicielom. W swoich pamiętnikach napisał, że po przyjeździe do Kraśnika został aresztowany na 3 miesiące przez Urząd Bezpieczeństwa, ale później wypuszczony.
 

W Kraśniku

Ojciec powrócił do swej ulubionej pracy w spółdzielczości. Był współorganizatorem Spółdzielni Ogrodniczo-Pszczelarskiej „Kraśniczanka”, potem kolejno prezesem Gminnej Spółdzielni w Kraśniku, wiceprezesem PZGS, dyrektorem Rejonowych Zakładów Zbożowych. W międzyczasie ukończył 4- miesięczny kurs zorganizowany przez Centralną Radę Spółdzielczą, w Miedzeszynie koło Warszawy. Był zamiłowanym społecznikiem i udzielał się społecznie w różnych organizacjach. Przy tym był człowiekiem niesamowicie uczynnym, lubił pomagać, miał smykałkę do ciesielki i nie było chwili żeby czegoś nie robił. Przydzielono mu mieszkanie w kamienicy czynszowej przy ulicy Piłsudskiego. Zamieszkaliśmy tam we trójkę: ojciec, matka i ja. Dziadek wtedy pozostał w Świeciechowie. Mieszkanie nasze mieściło się na drugim piętrze. Składało się z jednego pokoju oraz kuchni. Nie było wody ani kanalizacji. Wychodek znajdował się w podwórzu, a po wodę trzeba było iść z wiadrem do studni na koniec ulicy.
Dziadek pozostał w domu sam, ale po sąsiedzku mieszkała córka Bronka z rodziną, a moja matka stale mu pomagała. Od władzy ludowej otrzymał symboliczną rentę w kwocie, tak jak przed wojną 125 zł miesięcznie. Tyle, iż po wojnie za to można było kupić jedynie 1/2kg słoniny. Dopiero w 1947 roku na skutek interwencji Stowarzyszenia Emerytów w Lublinie podwyższono rentę do 1750 zł miesięcznie, co nadal nie było dużo, gdyż chleb kosztował 30zł, 1kg cukru 200zł, słoniny 300 zł, kiełbasy 320 zł, kaszy jaglanej 100zł, koszula 550zł. Ale już można było od biedy przeżyć, tym bardziej, że moja matka w dalszym ciągu wspierała swego ojca produktami spożywczymi i odzieżą. Z renty opłacał prenumeratę „Chłopskiej Drogi”, „Problemów”, „Głosów Wolnych”, listy do USA i Francji ( do Teofila i Kostka ), zeszyty, materiały do pisania, naftę. Samotność dokuczała mu coraz bardziej, łączność ze światem utrzymywał przez prenumeratę prasy i wysyłanie listów do redakcji z własnymi przemyśleniami. W naszym jednopokojowym mieszkaniu w Kraśniku trudno było dokwaterować czwartą osobę, to też z radością przyjął dziadek propozycję ze strony kierownika wydziału opieki społecznej w Kraśniku, który zaproponował umieszczenie w Domu Opieki w Janowie Lubelskim. Nastąpiło to 24.11.1948 roku. Dziadek napisał:
Zastałem w przytułku ośmiu mężczyzn i trzydzieści kobiet. Są kaleki i zdrowi. Kobiety pomagają w kuchni, myją podłogi, piorą bieliznę i utrzymują porządek. Tu żyjemy wszyscy jak dobra rodzina i sami obsługujemy się pod kierownictwem sióstr zakonnych, które są bardziej podobne do gospodyń, niż do zakonnic”. 15 grudnia napisał do mojej matki: „Kochana córko. Kaszel mnie dusi bo zimno. Pali się w picu tylko rano. Dziś rano poszliśmy z posługującym na pocztę i przynieśliśmy posyłkę od ciebie z pierzynką (...) Wszyscy są zawsze gotowi do usług drugiemu. Jak wstanę to zaraz podają mi wodę i czasem nie zdążę wziąć ręcznika, już mi go podaje towarzysz, łóżko mi pościele. Nie czekają na posługacza i każdy jest gotów do usługi. A dodajmy do tego jeszcze troskliwość sióstr.^ grudnia złożył nam wizytę św. Mikołaj z wielkim pastorałem i infułą na głowie i białym płaszczu, otoczony aniołami. Aniołki- dziewczyny wydobywały z kosza torby z ciastkami domowymi, podchodziły do nas siedzących przy stole i przed każdym stawiały podarek. Wieczorem złożył nam wizytę wielebny ksiądz proboszcz, miejscowy prefekt, z drobnym datkiem dla każdego, dołączając dewocjonalia”.
W następnym liście z 11.01.1949 r dziadek jest bardziej przygnębiony:
Kochane Dzieci! Przytułek nie we wszystkim mi odpowiada. Gdy jest mróz, jest zimno w sali, ale głównie dokuczliwe jest powietrze. W jednym pokoju na zwartych blisko siebie łóżkach, przy zamkniętych przed zimnem drzwiach, śpi 9 chłopów, to do rana zrobi się ciężkie powietrze (…) Żywności jest pod dostatkiem i smaczna. Siostra już mi podała dwa razy paczkę żywnościową od ciebie, ale jeść nie mogę jadam całkiem mało. Lubią mnie wszyscy i mam poważanie. Jednak myśl o śmierci nawija się każdemu tu częściej niż w domu. Moja myśl co dzień do was zagląda i kiedyś, jak się ociepli, przyjadę.
Z biegiem czasu dziadek przyzwyczaił się do swojego otoczenia. Jeśli się stęsknił - wsiadał w autobus i przyjeżdżał do Kraśnika na jakiś czas. Dziadek bardzo wspierał mnie psychicznie w moim dążeniu do zdobycia wiedzy, w dużej mierze to dzięki niemu zostałem lekarzem, który to zawód stał się obecnie naszą rodzinną tradycją – w moje ślady poszli moi synowie Piotr Zwolski - obecnie lekarz internista i Witold Zwolski – chirurg. Dziadek zachował list, który napisałem do niego jako student I roku medycyny 22.06.1954 roku. Informowałem w nim, że:
przed 2 dniami zdałem ostatni egzamin. Teraz zdawałem ich pięć, a w zimie dwa. Oceny tylko dobre i bardzo dobre. Życzenia z okazji imienin. Kochający Was wnuczek Zenek. Pod spodem dziadek napisał trzy słowa: Satysfakcja, zaszczyt i wdzięczność.
Pomimo swego wieku bardzo dużo czytał, prenumerował prasę, wypożyczał książki z biblioteki o różnej tematyce, od czasu do czasu układał wiersze.
Z okresu pobytu w Domu Opieki pochodzi wiersz:
 
W przytułku
Czegoś się zasępił, czemuś zwiesił głowę
kiedy masz tu wszystko do życia gotowe?
Bo nie wiem kim jestem – dzieckiem czy Łazarzem,
które żywić trzeba i okrywać razem.
Gdzie jest moja siła, gdzie potęga ducha,
którego drgań słabych nikt bliski nie słucha?
Czy dla serca darmo szukać ci pociechy?
Czy ci żal rodzinnej opuszczonej strzechy?
Czy Ci żal decyzji jakiej dokonałeś
i nie ujrzysz tego co jeszcze kochałeś?
Przecież chciałeś tego by zgiełk życia rzucić,
by niemoc dręczącą spokojem ukrócić –
spokojem co czeka na godzinę śmierci,
który w dzień i w nocy w sercu dziurę wierci.
Życie na cierpienia i zagładę zdane
było dniem i nocą przez ciebie kochane.
I teraz ci drogie te chwile spokojne
i ze śmiercią chciałbyś poprowadzić wojnę.
 
Rok później dziadek skończył 90 lat. Coraz bardziej podupadał na zdrowiu, wśród pensjonariuszy i personelu Domu Opieki jego wolnomyślicielskie zapatrywania nie spotykały się ze zrozumieniem. Postanowił przenieść się do nas. Pod koniec czerwca 1955 roku przyjechał na stałe do Kraśnika. Pamiętam, że często narzekał na zgagę. Lekarze zapisywali mu leki od nadkwasoty. Nie wykluczone jednak, że parzenie w klatce piersiowej, było objawem choroby wieńcowej. Mimo skończonego 90 roku życia trzymał się cały czas dobrze, miał czerstwą cerę i bystry umysł, silny, wyraźny głos. Jedynym mankamentem była głuchota. Trzeba było bardzo głośny mówić do ucha. Zachował sprawność fizyczną, wchodził po schodach na drugie piętro kamienicy w której mieszkaliśmy. Chodził na spacery, bawił się z dziećmi na ulicy, rozmawiał z napotkanymi ludźmi. Każdy,  kto widział go po raz pierwszy, nie dawał mu więcej niż 70 lat życia i zadziwiał się usłyszawszy jego prawdziwy wiek. Wszyscy byli pewni, iż spokojnie przeżyje 100 lat. Toteż byłem zaskoczony, gdy w czasie studiów w Lublinie 16 listopada 1955 otrzymałem wiadomość od ojca o śmierci dziadka. Gdy przyjechałem zastałem dziadka leżącego na kanapie. Miał spokojny, pogodny wyraz twarzy. Wydawało się, że spał. Jedynie brak oddechu i chłód jego ręki wskazywał, iż nie żyje. Od rodziców dowiedziałem się, że we wtorek 15 listopada po południu narzekał na bóle w piersiach. Położył się wcześniej spać do łóżka, które miał w kuchni, bo w pokoju spali moi rodzice i ja kiedy przyjeżdżałem do domu. Dziadek zwykle wstawał bardzo wcześnie, to też ojciec rano zaniepokoił się, że tym razem dziadek tak długo śpi. Okazało się, że już nie żyje.
Na krótko przed śmiercią kiedy opuszczał pensjonat w Janowie napisał wiersz:
Na pożegnanie
Na pożegnanie wierszyk wam złożę
z gorących życzeń wyrazem
niech ich promienność i Wasze wzmoże,
złączy z moimi razem.
Co Wam najlepsze być może
niechaj los dobry nastręczy.
Człowiek uczciwy niech Wam pomoże,
bo od człowieka mamy najwięcej.
Człowiek jest  skarbem ciała i ducha,
gwiazdy mu szepcą swe tajemnice,
potęgą świata – ziemia go słucha,
przyroda daje skarbów krynice.
Człowiek je zgarnia, drugich nadziela.
Niechże Was żadne skarby nie miną,
niech nic nie zmąci życia wesela,
niech Wasze trudy marnie nie giną.
 
A oto inny wiersz zatytułowany z tego okresu:
O pokój
Kiedy Ty byłeś z nami człowiekiem
i doświadczyłeś okrutnej zbrodni,
to ludzkie zbrodnie – hen wiek za wiekiem
nie ustawały – byli krwi głodni.
Chryste! Na krzyżu jeszcześ był żywy
czyś rzucił klątwę  na świata zbrodnie?
Z Ciebie miał świat być inny, szczęśliwy.
Czyśmy Twą mękę przyjęli godnie?
Czy nad nią wybuchł płacz litościwy?
Kiedy świat ludzki krwią stale broczy,
już lat tysiące zbrodniczy, mściwy.
Skąd mamy śmiałość spojrzeć Ci w oczy?
Wysuń na niebo czerwone znaki!
Twego wejrzenia teraz pragniemy.
Nie chcemy ściągnąć na siebie kary,
a potem błagać o przebaczenie.
Niech się zawali porządek stary,
chcemy mieć szczere na Cię spojrzenie.
Również w tym czasie napisał wiersz:
Starość
„Starość to nie radość, a śmierć nie wesele.”
Śmierć da życiu zadość i grób w ziemi ściele.
Starość  walkę starła surową z naturą.
W biedzie kończy życie z biczowaną skórą.
Nikt bez cierpień nie był – jeszcze śmierć go czeka.
Pracował, gromadził – i nagi ucieka.
Chociaż Piotr Przywara zmarł, jego ideały pozostały w pamięci osób, które go znały.  Wydaje się, iż do niego mogą odnosić się słowa Jana Pawła II:
Człowiek jest wielki nie przez to co posiada i przez to co ma, lecz przez to kim jest i czym dzieli się z innymi.
Na jego cześć jego imię otrzymał mój pierworodny syn Piotr Zwolski.
Myśl dziadka w nowych warunkach podjął też mąż jego prawnuczki Tereski, działacz NSZZ „Solidarność” w Kraśniku  - Aleksander Oczak. Po wprowadzeniu stanu wojennego ukrywał się. W 1983 roku po ogłoszeniu amnestii ujawnił się i wyjechał wraz z rodziną do Australii.
 

POTOMSTWO PIOTRA PRZYWARY

Piotr Przywara miał siedmioro dzieci: 2 córki i 5 synów.
  1. BRONISŁAWA
Bronisława /1892-1978/ była najstarszą z rodzeństwa. Ojciec starał się ją jak najlepiej wychować i zachęcał do nauki. Bronka nie miała jednak zbytniego zapału do nauki, natomiast miała powodzenie u chłopców i kiedy w 1914 roku została bez opieki rodziców (matka zmarła, a ojca ponownie zesłano na Syberię) zaszła w ciąże z Leśniakiem, który miał się z nią żenić, jednak porzucił ją przed urodzeniem syna Bolesława w 1915 roku. Kiedy Bolek miał rok Bronka wyszła za mąż za biednego, ale pracowitego 28 letniego kawalera Józefa Białka. Pochodził on z położonej na piaskach, odległej o 40 km wsi Lipa za Zaklikowem. W tym czasie brat Józek był na wojnie, a Teofil wyjechał do Ameryki. Bronka musiała wziąć na siebie obowiązek dopilnowania młodszego rodzeństwa oraz prowadzenia wraz z mężem 18-morgowego gospodarstwa. W okresie międzywojennym pobudowali sobie dom i budynki gospodarcze na tym samym placu na którym była ojczysta zagroda, ale dalej od drogi - przy polnej drodze zwanej Zagoniem. W 1934 roku, kiedy Piotr Przywara dokonał podziału majątku Bronka otrzymała największa część -1/3 całego majątku, z zastrzeżeniem, że ma spłacić przebywającego w Ameryce Teofila oraz Leona. W 1964 znalazła się w szpitalu onkologicznym z powodu nieoperacyjnego raka macicy. Po naświetleniach proces nowotworowy częściowo cofnął się. Bronka była zawsze wesołego usposobienia, wyglądało na to że niczym się zbytnio nie przejmuje. Być może to było przyczyną, że proces nowotworowy zatrzymał się. W tym czasie Bronka i jej mąż Józef zostali sami na gospodarce, bo wszystkie dzieci wywędrowały w świat. Bolek zginął na wojnie, zastrzelony przez bolszewików. Adam gospodarzył koło Lubaczowa, Władka była aż na Dolnym Śląsku, Marysia w Jędrzejowie, a Kazik w Kraśniku. Józef Białek cierpiał na artrozę stawów biodrowych, zmarł 14.03.1973 w wieku 85 lat. Po jego śmierci Bronka przeniosła się do córki Marysi do Starachowic. Bronka miała bardzo wysokie nadciśnienie, ale leczyła się niesystematycznie. W styczniu 1978 roku dostała zawału serca i zmarła w szpitalu po 5 dniach pobytu w wieku 86 lat.
Bronisława i Józef Białkowie mieli 5 dzieci:
1.Bolesław urodził się w 1915 r jako dziecko nieślubne. Został zaakceptowany przez swojego ojczyma, który traktował go jak swojego syna. Nosił nazwisko panieńskie matki - Przywara. Był lubiany przez całą rodzinę. Nawet dziadek Przywara bardzo go lubił, mimo, że miał żal do córki o to iż źle pokierowała swoim życiem. W 1922 roku w wieku 7 lat Bolek poszedł do 4-klasowej szkoły, która po I wojnie powstała w Świeciechowie. W 1938 rozpoczął służbę wojskową w 4-Kompanii Batalionu KOP (Korpus Obrony Pogranicza) w Sarnach. Był zdolny i ambitny, toteż wkrótce dorobił się stopnia podoficera, jak się później okazało na swoją zgubę. Kiedy we wrześniu 1939 roku Armia Czerwona wkroczyła do Polski, pierwszymi obrońcami ojczyzny byli żołnierze KOP i  dlatego byli znienawidzeni przez bolszewików. Kiedy kompania Bolka dostał a się do niewoli, bolszewicy rozstrzelali na miejscu wszystkich oficerów i podoficerów, a wśród nich najstarszego syna Bronki.
2.Adam urodził się w rok po ślubie w 1911 roku. Jako dziecko pasał krowy u bogatych gospodarzy. Po ukończeniu 4-klasowej szkoły podstawowej pracował w gospodarce. W maju 1944 roku wraz z kilkudziesięciu innymi chłopakami ze Świeciechowa został zwerbowany do oddziału partyzanckiego „Przepiórki”. Walczył w dwu największych bitwach partyzanckich: Od 11 do 15 czerwca 1944 na Porytowym Wzgórzu i tydzień później w Puszczy Solskiej. Oddział „Przepiórki” wchodził w skład I Brygady AL. Liczył blisko 300 ludzi. W książce „Lasy Janowskie i Puszcza Solska” czytamy:
W przeddzień okrążenia do lasów janowskich „Przepiórka”(Edward Gronczewski) oprócz swego oddziału przyprowadził 176 kandydatów do partyzantki zmobilizowanych w nadwiślańskich wioskach.
Adam w 47 lat później tak opowiadał o swoich wrażeniach w Puszczy Solskiej w pobliżu Józefowa Biłgorajskiego:
Przepiórka wysłał nas, ok.20 partyzantów do załatania dziury w obronie. Prawie wszyscy byli ze Świeciechowa. Ogień artylerii niemieckiej był tak silny, ze cały las dookoła drżał, a rozrywające się pociski wyrzucały w powietrze ziemię, rozbite tabory i szczątki ludzi. Ataki niemieckie odpieraliśmy przy pomocy karabinu maszynowego i broni ręcznej. W pewnej chwili zorientowaliśmy się, że Niemcy zbliżają się nie tylko od czoła, ale i  z obydwu stron. Byliśmy z 3 stron otoczeni. Potem dowiedziałem się, że Przepiórka wysłał do nas łącznika, ale nie mógł się do nas przedostać z powodu silnego ostrzału. Myśmy też wysłali łącznika, ale nie wrócił. Wycofaliśmy się więc w głąb lasu i przedostali się do tego miejsca, w którym była wcześniej nasza kompania. Okazało się, że wszyscy się już wycofali. Znaleźliśmy tyko rozbite doszczętnie tabory i rannych. Niektórzy krzyczeli w niebogłosy, inni prosili żeby ich dobić, albo prosili o ratunek, ale nie mieliśmy im jak pomóc, bo ogień niemiecki był okropny. Nie orientowaliśmy się w terenie. Uciekaliśmy na oślep. Pod wieczór dotarliśmy do jakiegoś bagna. Tam napotkaliśmy radzieckich partyzantów. Usiedliśmy razem i nie wiedzieliśmy co robić, nie mieliśmy żadnej łączności. W pewnej chwili usłyszeliśmy tętent końskich kopyt, który zbliżał się do nas. Wystraszeni przycupnęliśmy. Okazało się, że był to tabun koni niemieckich bez jeźdźców. Widocznie wyrwały się z niemieckiego taboru i biegły przed siebie na oślep. Po pewnym czasie usłyszeliśmy coraz bliższe strzały z broni maszynowej i niemieckie okrzyki: „Partizanen! Banditen! Hande hoch!” Nie było innego wyjścia-poszliśmy przez bagno. Trzeba było czołgać się na brzuchu żeby nie utonąć. Dobrnęliśmy do jakiejś rzeki (prawdopodobnie była to rzeka Szum). Wieczór, woda czarna, nie wiadomo jak głęboka, ale trzeba było przedostać się na drugą stronę. Część partyzantów utonęła w bagnie i rzece. W końcu wyszliśmy na suchszy teren. Potem po palach pozostałych po zniszczonym moście, przeszliśmy znowu przez jakąś rzekę. Nie wiem czy byłą to ta sama, czy inna. Kiedy wyszliśmy na pagórek, dostaliśmy się pod ogień karabinu maszynowego. W ciemności nie było wiadomo kto strzela- nasi czy Niemcy. Rozbiegliśmy się na wszystkie strony i rzuciliśmy się do ucieczki. W końcu zmęczeni, głodni, spragnieni, położyliśmy się na ziemi. było nam już wszystko jedno-zasnęliśmy. Rano rozproszone grupki zaczęły się zbierać i zebrała się duża grupa partyzantów polskich i radzieckich. Dowódcy powiedzieli nam, że jesteśmy otoczeni potrójnym pierścieniem wojsk niemieckich. Jeżeli tu zostaniemy, to wszyscy zginiemy. A jeśli spróbujemy się przebić, to część zginie, ale kto się przedostanie-będzie żył. Strzelając i krzycząc rzuciliśmy się do przodu. Mnie i moim kolegom udało się. Po wielu dniach wraz z trzema kolegami doszedłem do Liśnika. tam poszliśmy do Jarzyny, naszego ziomka ze Świeciechowa, który ożenił się w Liśniku. Gospodarza nie było w domu, ale wzięliśmy podwodę. Koniem powoził kilkunastoletni syn Jarzyny. Od Liśnika do Gościeradowa jechaliśmy szosą łączącą Kraśnik z mostem na Wiśle w Annopolu. W odwrotnym kierunku z Annopola do Kraśnika jechało na front wojsko niemieckie, samochód za samochodem. Kiedy dzisiaj o tym pomyślę to aż mnie ciarki przechodzą i nie mogę się nadziwić jak moglibyśmy być tak głupi. Przecież gdyby nas Niemcy zatrzymali i znaleźli broń- rozstrzelaliby nas na miejscu. Przed Gościeradowem skręciliśmy w polną drogę prowadzącą do Księżomierzy. Tam koledzy próbowali coś zarekwirować miejscowym gospodarzom, ale zostaliśmy ostrzelani przez miejscowych i ruszyliśmy w dalszą drogę do Świeciechowa.
Adam wrócił do rodzinnego domu. W 1951 roku ożenił się w 34 roku życia z młodszą o 12 lat Danką Dobrowolską z nadwiślańskiej wsi Wałowice. W 1954 roku urodziła się córka Krysia. Mieszkali i gospodarzyli razem z rodzicami. Kiedy nadarzyła się okazja na samodzielne prowadzenie gospodarki w 1958 roku, przeprowadzili się do Wiszniowa koło Hrubieszowa. Jako osadnicy otrzymali 8 ha podworskiej ziemi. Pobudowali najpierw szopę w której mieszkali i trzymali inwentarz. Dopiero później zbudowali sobie dom. Krysia skończyła policealną szkołę handlową w Nałęczowie. Tam poznała Jurka Sołdka -magistra historii. Pobrali się w 1978 roku. W listopadzie 1989 roku zmarła nagle Danka w wieku 60 lat. Adam jeszcze 3 lata samotnie siedział na gospodarce. W końcu za namową córki sprzedał wszystko i przeniósł się do Nałęczowa i zamieszkał w bloku. Zmarł nagle w 2005 w wieku 88 lat. Krysia i Jurek Sołdkowie mieszkali najpierw w bloku, a potem zbudowali sobie własny dom. Mają 2 synów: Przemka ur. w 1978 i Grzesia ur.w 1981.
3.Władysława urodziła się już po I wojnie światowej w 1920 roku. Jako kilkunastoletnia dziewczyna została oddana na służbę do rodziny zawodowego oficera w Warszawie. Pracę załatwiła jej kuzynka ze strony rodziny Białków. Pomagała tam w pracach domowych- sprzątała, prała, prasowała. Otrzymywała w zamian za to wyżywienie i 10 złotych miesięcznie. Wróciła na wieś po 2 latach. Z usposobienia przypominała swoja matkę - była wylewna impulsywna, towarzyska. Była ładną panną. W czasie wojny przychodzili do niej młodzi niemieccy żołnierze i usiłowali się zalecać. W 1940  roku wyszła za mąż za Bolesława Jarosza, starszego od siebie o 3 lata, pochodzącego z sąsiedniej wsi Anielin. Po wojnie Jaroszowie przenieśli się do Sobieczowa nad Bugiem, gdzie objęli gospodarstwo poukraińskie. Wśród osadników w Sobieczowie było kilku członków PPR, więc stworzyli POP (Podstawowa Organizacja Partyjna). Na zebrania nie mieli jednak czasu, ani ochoty chodzić. Potem opowiadał „Przyjeżdżali aktywiści z powiatu, krzyczeli i wyzywali wszystkich na zebraniu”. Okazało się, iż któryś z aktywistów określił ich mianem „bolszewików”. Nie wiedzieli dobrze co to oznacza, ale ponieważ zawsze słyszeli to słowo jako wyzwisko, więc obrazili się. Koniec końcem złożyli swoje legitymacje partyjne i  „mieli spokój”. Od tego czasu Bolek do żadnych partii i organizacji nie chciał należeć.
W 1950 roku w wyniku wymiany terenów przygranicznych wieś znalazła się na terenie ZSRR, mieszkańcy zostali przesiedleni na Zachód do Grabkowa (ziemie odzyskane). Grabków był wioską poniemiecką, z murowanymi zabudowaniami. Obiecano im, że na miejscu będą wszystkie maszyny rolnicze, że będą zwolnieni przez 3 lata ze wszystkich świadczeń, że inwentarz żywy będzie można kupić po cenach niższych niż w Lubelskim, itp. Po przyjeździe okazało się, że wszystkie maszyny zostały dawno rozszabrowane, już po 2 latach państwo ściągnęło podatek. Był to okres obowiązkowych dostaw.  Z 6 ha gospodarstwa musieli odstawić 15 kwintali zboża po cenie czterokrotnie niższej niż wolnorynkowa, ponad 100 kg  żywca, przeszło 1000 litrów mleka i zapłacić 1500 zł podatku. Kiedy w 1954 roku był nieurodzaj, po uregulowaniu obowiązku nie wystarczyło na własne potrzeby i przez całe lato musieli kupować chleb. Gdy doszedł do władzy Gomułka, w „polskim październiku” 1956 roku, zniósł obowiązkowe dostawy. Jaroszowie źle się czuli pod samą granicą niemiecką, mieli poczucie tymczasowości, nie mogli się tam zakorzenić i przy najbliższej okazji przenieśli się w rodzinne strony. Porzucili murowane zabudowania i kupili drewnianą chałupinę z chlewem i stodołą w Świeciechowie Poduchownym na nadwiślańskiej skarpie.  Gospodarka była niewielka, więc dorabiali sobie jak mogli: Władka szyła na maszynie, a Bolek zatrudniał się jako kościelny w Kościele Narodowym w Świeciechowie i jako woźny w szkole podstawowej w Annopolu. Bolek w 1990 roku przebył operację z powodu gruczolakoraka prostaty. Zmarł z powodu przerzutów w 1992 roku. Władka po śmierci męża przeniosła się do Solca nad Wisłą, gdzie mieszkała jej najmłodsza córka Helena, która tam wyszła za mąż. Władka miała własną chatę niedaleko córki. Po matce odziedziczyła skłonność do nadciśnienia. Zmarła z powodu powikłań tej choroby 6.01.2000 roku w po kilku dniach pobytu w szpitalu w Radomiu.
Władka i Bolek Jaroszowie wychowali troje dzieci:
Leszek - najstarszy, urodził się w 1944 roku. Ożenił się z młodszą od siebie o 8 lat Anną Szczepanek ze wsi Rachów koło Annopola. Obydwoje znaleźli pracę w Annopolu i tam się zadomowili. Mieszkają w bloku przy ulicy Skały. mają 3 córki:
Małgorzata (1973) skończyła filologię polską i wyszła za Marcina Świderka, mają syna Maćka(1999);
Joanna (1974) też skończyła studia magisterskie (resocjalizacja), wyszła za mąż za Mariusza Bieńka, pracuje jako kurator sądowy i mieszka w Lublinie, ma 2 córki -Weronikę i Martynę.
Magda urodzona w 1986 roku, wyszła za mąż za Pawła Religę, także skończyła resocjalizację. Ma 2 córki Natalię i Malwinę, mieszkają w Kopcu w domu swoich dziadków..
Teresa ur.w 1948, wyszła za mąż za Aleksandra Oczaka, mieszkali w Dzielnicy Fabrycznej Kraśnika. Olek pracował jako kierowca w FŁT. W 1980 roku został aktywnym działaczem „Solidarności”. Był wśród organizatorów strajku okupacyjnego  po ogłoszeniu stanu wojennego. Po spacyfikowaniu fabryki przez oddziały wojska i milicji ukrywał się. Ujawnił się kiedy w lipcu 1983 roku ogłoszono amnestie. Nie przyjęto go już jednak do fabryki. Pracował w jakiejś prywatnej firmie w Księżomierzy. Ówczesny rząd chętnie pozbywał się z kraju  działaczy „Solidarności”. Olek postanowił wyemigrować wraz z rodziną- żoną i dwoma synami. Starał się o wizę do Kanady, ale dostał wizę australijską i zdecydował się tam wyemigrować. Zamieszkali w Sidney, dostali bezpłatne mieszkanie i zasiłek, uczęszczali na kurs angielskiego. Teresa pracowała jako krawcowa w fabryce, a Olek jako mechanik samochodowy. Potem założył własną firmę budowlaną. Kupił też kopalnię opali. Olek corocznie przyjeżdża do Polski, kupił apartament w Krynicy Górskiej, działkę rekreacyjną na Mazurach nad jeziorem oraz w Opoczce na wiślanej skarpie z pięknymi widokami. Tereska z synami przyjeżdżają do Ojczyzny rzadziej. Olek chciałby żeby synowie wrócili do Polski i tutaj znaleźli sobie żony.  Starszy syn Tomek (ur.1970) wyjechał z Polski po szkole podstawowej, w Australii skończył szkołę pilotażu. Młodszy Darek (ur.1974) jest informatykiem i zajmuje się animacją komputerową.
Helena (1954) - najmłodsza z rodzeństwa wyszła za Wiesława Lidaka z Solca nad Wisłą. Lidakowie mają trójkę dorodnych dzieci. Hela po urodzeniu dzieci pojechała do Włoch do pracy i tam urządziła sobie życie. Dzieci wychował ojciec i babcia Władka. Anna (ur.1976) skończyła studia magisterskie, wyszła za Arkadiusza Góralskiego, z którym ma córkę Igę i Syna Eryka.  Maciej (ur.1979) ożenił się z Sylwią i mają trójkę dzieci: Pawła, Ritę i Aleksandra. Michał (ur.1981) wziął sobie za żonę Justynę i  dochował się syna Bartosza.
4.Maria - ur. 1924,  w okresie międzywojennym była aktywistką Związku Młodzieży Wiejskiej „WICI”. Po wojnie wyszła za Czesława Kowalczyka z Modliborzyc. Pracował w Komendzie Wojewódzkiej MO w Kielcach. Był zapalonym myśliwym, lubił towarzystwo i lubił wypić w towarzystwie. Potem Kowalczykowie przeprowadzili się do Starachowic. W sierpniu 1990 roku Marysia ciężko zachorowała. Najpierw miała zapalenie  żył w nodze, później resekcję żołądka z powodu perforacji. Po operacji doszło do zapalenia płuc, była pod respiratorem, zmarła 3.09.1991.
Starsza córka Marysi, również Marysia ur. w 1940 roku. Wyszła za mąż za Józefa Wójcika, mieszkają w Starachowicach. Mają 2 synów: Jacka (1973) oraz Konrada (1980)  i doczekali się 4 wnucząt. Młodsza córka Marysi Zosia (1951) wyszła za mąż za Waldemara Nowaka i mieszkają w Ostrowcu Świętokrzyskim. Nowakowie mają córkę Joannę i 2 wnuczki.
5.Kazimierz - najmłodszy syn Bronisławy (1927), po wojnie pracował jako milicjant - był komendantem posterunku w Polichnie niedaleko Kraśnika. Tam poznał swoją żonę Alfredę z domu Byra. Oboje wychowali 3 dzieci: Izabela (1949) wyszła za mąż za Zygmunta Bieleckiego.; Anna (1951) - za Lecha Kotułę; a urodzony w 1958 syn Edmund wziął sobie za żonę Beatę. Hanka wyjechała do Wrocławia i tam zmarła w 2017 roku z powodu nowotworu jelita grubego. Pozostali mieszkają w Dzielnicy Fabrycznej Kraśnika.
Kazik po jakimś czasie przeszedł do pracy w Komendzie Miejskiej w Kraśniku. W 1994  roku zachorował na raka płuc. Przeszedł radio- i chemioterapię. Zmagał się z chorobą przez kilka lat, ale potem zaatakował go rak jelita grubego. Miał z tego powodu operację, ale zmarł w kilka dni po niej 21.02.1999 roku, przeżywszy 72 lata. Nie był praktykującym katolikiem chociaż ślub i pogrzeb miał kościelny. Jego żona Alfreda przeżyła 90 lat. Zmarła w 2017 roku po nieszczęśliwym wypadku. Przewróciła się na krzesło i doznała złamania żeber z odmą opłucnową, a następnie zapaleniem płuc.
 
II JÓZEF
Józef /ur. 1895/- był najstarszym synem Piotra Przywary, urodził się 3 lata po swojej starszej siostrze Bronce. Gdy w 1909 roku jego ojciec po raz pierwszy został zesłany na Sybir za działalność patriotyczną, Józek 14-letni chłopiec został głową rodziny. Był zdolny i chętny do nauki. Do niego ojciec kierował listy z zesłania, bo matka była analfabetką. W listach były instrukcje co robić w danym czasie w gospodarce, do kogo zwrócić się o pomoc w pracach polowych, pouczenia dla siostry Józka - Bronki. Kiedy Piotr Przywara wrócił z zesłania w 1912 roku okazało się, że Józek jest ciężko chory. Ojciec zawiózł go lekarza w Gościeradowie. Lekarz stwierdził zapalenie płuc i pozostawił na leczeniu w tutejszym szpitalu. Na szczęście Józek wyzdrowiał. W 1915 roku wcielono go do rosyjskiej armii i słuch po nim zaginął. Prawdopodobnie w tym samym roku zginął na wojnie. Miał wówczas 20 lat. Nie wiadomo gdzie jest jego mogiła, jeśli w ogóle jest.
III TEOFIL
Teofil /1987-1967/ tuż przed wybuchem I wojny światowej jako 17-letni chłopak wyjechał do Ameryki. Jego losy znamy tylko z listów, które wysyłał do swego ojca. W 1919 roku napisał, że cieszy się że „z gruzów i popiołów powstaje dzisiaj nasza ojczyzna, wolna i niepodległa Polska”. Napisał, że ożenił się w 1915 roku i jego żona ma na imię Olga. W sierpniu 1917 roku urodziła mu córkę, której nadali imię Leokadia i mieszkają w Detroit. W 1920 roku Teofil porzucił pracę w fabryce, bo doszedł do wniosku, że lepiej będzie mu się powodziło, gdy weźmie się za swój biznes. Miał gotówkę, ale nie miał doświadczenia i stracił na tym „eksperymencie”. W 1927 otworzył sklep spożywczy w którym pomagała mu 10-letnia Lodzia. Wkrótce w Ameryce nastąpił ogromny kryzys, 12 milionów ludzi straciło pracę. Kryzys odbił się też na interesie prowadzonym przez Teofila i musiał sprzedać sklep. Poszedł do pracy w rzeźni. Dorobił się samochodu i domu „na kredyt”. Lodzia skończyła kurs i zaczęła pracować jako kosmetyczka w salonie piękności. We wrześniu 1938 roku wyszła za mąż za Stefana Goraka, który pracował w fabryce Forda. Potem Teofil nie pisał do ojca przez 12 lat. Tłumaczył się potem, że dostał rozstroju nerwowego - zmarła jego żona, a córka rozwiodła się. Był tak przybity kłopotami i nieszczęściami, że żyć mu się nie chciało, wpadł w alkoholizm, ale teraz całkowicie przestał pić. Mieszkał z córką i wnuczką. Po jakimś czasie ożenił się powtórnie. Jego druga żona miała na imię Martha i pracowała w „biurze telefonicznym”. W 1967 roku Martha Przywara zawiadomiła rodzinę męża w Polsce, że Teofil zmarł nagle na serce w wieku 70 lat.
IV JAN
Jan /1903-1987/ ożenił się z Anielą Dąbrowską, z którą miał syna Kazika, ur.31.12.1938 roku. Aniela żyła krótko. Janek był trochę dziwakiem. Wkrótce po wojnie wyjechał ze Świeciechowa, najpierw do wioski Prawno koło Józefowa nad Wisłą, a później do Wrocławia i tam zmarł.  Kazik również wyjechał na Śląsk i pracował tam jako górnik. Zmarł  w 2007 roku w wieku 70 lat.
V KONSTANTY
 Konstanty/1900-1960/ ożenił się z Antoniną Wilk. Gospodarstwo Wilków sąsiadowało z domem Wacława Zwolskiego. Kostek w 1925 roku zbudował dom oborę i stodołę na gruncie swojego teścia Antoniego Wilka. Po kilku latach wyjechał na zarobek do Francji. W Polsce pozostawił żonę i córkę Kazimierę. Osiedlił się w miasteczku Petit Clamart. Firma w której pracował słabo prosperowała, bo jak pisał,  pracują tylko 1/3 dnia i marnie zarabia. Z tego musi się utrzymać i trochę wysłać żonie do Polski. W 1934 roku napisał, że może by już przyjechał do domu, ale że stara się o odszkodowanie za wypadek w pracy i czeka na rozstrzygnięcie sądu, bo „uprzykrzyło mu się żyć w tej tułaczce na obczyźnie”. Nie wiadomo kiedy dowiedział się, ze zona go zdradza. Napisał w liście, że chciałby przyjechać do Polski na urlop, ale nie może, „gdyż mój honor na to nie pozwoli, bym został wyśmiany przez głupich ludzi”. Następny list z 1938 pochodzi z Paryża, dokąd Kostek się przeprowadził. Pisze, że był w konsulacie i dał pełnomocnictwo ojcu do rozporządzania majątkiem pozostawionym w Polsce, by Antka nie sprzedała przed jego powrotem. Kolejny list ma adres zwrotny Paryż - Rue Jardins St.Paul-prosi o wiadomości o swojej córce Kazi i swojej żonie, „martwi się o córcię, czy nie cierpi niedostatku”. W 1952 napisał, że otrzymuje rentę z ubezpieczalni bo ma „jakąś plamę na płucu”. W rok później przyznał się, iż mimo braku rozwodu założył nową rodzinę, ma dzieci, które się bardzo dobrze uczą: Denis ma 13 lat, Zuzanna 9 lat, a Marcel 5. Pracuje jako ogrodnik, ale jego pensja nie wystarcza na utrzymanie 5-osobowej rodziny i córka Denis musiała rozpocząć pracę w zakładzie wyrabiającym kondensatory do radia. Denis przyjechała na wakacje do Polski na miesiąc w 1957 roku. Odebrał ją z pociągu z Warszawy student medycyny Zenon Zwolski. Zatrzymała się u rodziny swojej cioci Heleny Zwolskiej w Kraśniku, a tydzień spędziła w domu wuja Leona Przywary w Świeciechowie, gdzie poznała całą rodzinę, w tym swoją przyrodnią siostrę Kazię. 18-letnia Denis była wysoką blondynką, miała ładną buzię i zgrabną figurę, do tego była bardzo sympatyczna. Po polsku nie mówiła, ale prawie wszystko rozumiała. Znała tekst piosenki, którą grał i śpiewał jej ojciec „Wszystkie rybki śpią w jeziorze, tiulala, tiulala. Moja rybka spać nie może, tiulala, tiulala. A ty stary nie kręć gitary, tiulala, tiulala, nie zawracaj kontrafary”. Bardzo podobał się jej polski odpowiednik jej imienia - „Danuszka”. Zenon starał się pokazać ojczyznę jej ojca z jak najlepszej strony, także bardzo się jej podobało i miała przyjechać za rok.
Ostatni list od Konstantego Przywary został napisany w 1960 roku, wkrótce zmarł z powodu zespołu płucno-sercowego.
Denis /1938/ wyszła za mąż za Francuza Piotra Riviere. W 1963 urodził się im jedyny syn Thierry. Zuzanna /1943/ w 1963 wyszła za mąż za hydraulika Piotra Bourget. Miał firmę, zatrudniającą 9 pracowników. Mają 2 córki Laurence i Veronicue.
Obydwaj mężowie - Piotrowie zmarli z powodu choroby nowotworowej.
Najmłodszy z rodzeństwa Marcel /ur.1947 roku/ zdobył zawód mechanika samochodowego i zamieszkał w Marsylii z żoną i synem Rafaelem.
VI HELENA
Helena / 1.01.1909 - 18.04.2001/ - była najmłodszą córką Piotra Przywary. skończyła tylko 2 klasy szkoły podstawowej, ale była ciekawa świata i dużo czytała. W 1935 roku wyszła za mąż za młodszego o rok Józefa Zwolskiego. W październiku 1936 roku urodził im się jedyny syn, któremu na chrzcie nadano imiona Edmund-Zenon (dla znajomych i rodziny Zenon). Helena miała trochę trudny charakter, popełniała błędy wychowawcze wobec syna i wnuków Piotra i Witolda, nie pozwalała na nakładanie na nich żadnych obowiązków, wszystkich starała się wyręczać. Była dobrą gospodynią, dbała o dom. Ciągle skarżyła się na jakieś dolegliwości. Pod tym względem była przeciwieństwem swojego męża Józefa Zwolskiego, który z kolei był zawsze zdrowy, nigdy nie skarżył się na żadne dolegliwości, dopiero w 1988 roku zachorował na niedokrwistość aplastyczną i zmarł w grudniu tegoż roku w szpitalu w trakcie przetaczania krwi. Helena tak naprawdę to zachorowała dopiero pod koniec życia, kiedy wystąpiły objawy choroby serca oraz psychozy starczej. Zmarła w wieku 92 lat.
Syn Zenon  skończył studia medyczne i ożenił się z Marią z domu Król. Wspólnie dochowali się 2 synów Piotra / 1962/ i Witolda / 1965/. Obydwaj zostali lekarzami, jak ich ojciec.
VII LEON
Leon /1913-1993/ - był najmłodszym z rodzeństwa. Rok po jego urodzeniu zmarła żona Piotra przywary Marianna z Kopciów, a ojca władze carskie po raz drugi zesłały na Syberię za działalność polityczną. Przez 4 lata Leon był wychowywany przez starsze rodzeństwo. W 1938 roku ożenił się z 17-letnią Stanisławą Rosołowską z niedalekiej wioski Miłoszówki.  W marcu 1939 roku urodziła się córka Kazimiera, a 2 lata później syn Eugeniusz. Leon wybudował dom na końcu Świeciechowa niedaleko Bliskowic, dzięki pomocy teściowej, która przez wiele lat pracowała we Francji. Skarpa poniż ej zabudowań schodziła do rzeki, która tworzyła jeziorko zwane Zieloną Wodą. Kąpali się tam chłopcy z całej wsi. Leon był wesołego usposobienia, podobnie jak jego starszy brat Konstanty. Zmarł z powodu udaru mózgu  przeżywszy 80 lat. Jego żona zmarła nagle w takim samym wieku i prawdopodobnie z tej samej przyczyny.
Córka Kazimiera /1939/ wyszła za mąż za starszego o 4 lata Kazimierza Dobrowolskiego i zamieszkała w jego rodzinnym domu w Wałowicach. Dobrowolscy mają 2 dzieci: Danutę i Ryszarda. Danusia wyszła za mąż za Edwarda Nowaka z Kolczyna koło Józefowa nad Wisłą. Mieszkają w Kolczynie i żyją głównie z sadownictwa. Rysiek ur. w 1964 roku, ożenił się z pochodzącą z Wałowic Lidią /1968/. Lidka jest osobą bardzo energiczną i pracowitą. Ona kieruje całym domem i załatwia interesy.  Mają 3 córki: Kingę /1991/, Dianę /1992/ i Martę /1994/ oraz najmłodszego syna Jakuba. Wszystkie córki wyjechały za pracą do Wielkiej Brytanii. Rysiek w wieku 46 lat doznał dwukrotnie zawału serca. Z tego powodu przebywa na rencie.
Eugeniusz ur.1941 ożenił się z Czesławą Markowską /1947/ i mieszka na ojcowiźnie swojej zony w Świeciechowie. Mają 2 córki. Starsza Lubomira, nazywana Miłką /1967/, wyszła za mąż za Marka Tomczyka, mieszkają i pracują w Annopolu. Mają córkę Arletę (ur.1990). 13 lat młodsza Sylwia nie wyszła jak dotąd za mąż, pracuje jako nauczycielka w Piasecznie koło Warszawy.

RODZINA ZWOLSKICH

Córka Piotra Przywary Helena wyszła za mąż za Józefa Zwolskiego - ojca autora. Rodzina ta o tradycjach wojskowych i patriotycznych wysoko ceniła i darzyła autorytetem Piotra Przywarę i głoszoną przez niego ideologię, czynnie wspierała jego działalność. Zwolscy od pokoleń cenili wolność, na co mogłoby wskazywać nawet same pochodzenie nazwiska. Mianowicie nazwisko wywodzi się etymologicznie nie od „pochodzącego z Woli”, jak może ktoś w pierwszej chwili pomyśleć, ale właśnie od staropolskiego słowa „wola” znaczącego wówczas „wolność”. Przy tym, jak wynika z informacji uzyskanych przez Piotra Zwolskiego z zapisów historyków mormońskich, przodkowie faktycznie zostali zwolnieni z daniny królewskiej z ich majątku (odpowiednik obecnych podatków) za wybitne zasługi dla kraju, co także wpasowało się w brzmienie nazwiska. Również znamienny jest klejnot herbu rodowego Zwolskich –Ogończyk,  gdzie widnieją ramiona niewiaście wyciągnięte w geście dziękczynienia za uwolnienie z niewoli tatarskiej przez legendarnego protoplastę rodu – rycerza Piotra.
 
Najstarszym zapamiętanym przodkiem jest Marcin Zwolski  który żył w pierwszej połowie XIX wieku. Wraz z żoną posiadał majątek wśród kompleksów leśnych Stary Rachów należący administracyjnie do Świeciechowa Poduchownego. Wówczas zwany był również Bartkami lub Rachowskimi Choinami. Marcin i jego żona mieli troje dzieci dwóch synów i córkę. Jeden z nich wyjechał gdzieś w nieznane, córka wyszła za mąż ale żyła krótko. Trzeci z rodzeństwa Jan został osierocony jako chłopiec, bo Marcin i jego żona zmarli młodo. Syn Wacław Zwolski ożenił się z Zofią z Trymuchów. Trymuchowie wywodzili się z rycerskiego rodu znanego z waleczności. Jaj babka była żoną szlachcica Nagielskiego, którego brat walczył w Powstaniu Listopadowym w 1830r. Jako jedyna mieszkanka wioski umiała czytać i pisać. Po kądzieli z rodem Zwolskich więc  spokrewniony jest ród wojowniczych Trymuchów herbu Trzaska.
_________________________________________________________________________
Marek, jestem Ci bardzo wdzięczny za te Wspomnienia. Przeczytałem je jednym tchem. Porozsyłałem też do znajomych, których to może zainteresować.
W rewanżu posyłam Wspomnienia o moim Ojcu, które niedawno napisałem. Możesz je porozsyłać komu chcesz, jeżeli będzie taka Twoja wola.  Uważam, że poznanie życiorysów osób na tle wydarzeń historycznych jest bardzo pouczające. Mój Ojciec też pochodzi znad Wisły, tyle tylko, ze z Kotliny Chodelskiej.
Pozdrawiam Cię serdecznie.
Stan. Turski
  Aby oglądać zdjęcia w pełnej rozdzielczości należy najechać rączką na pierwszą miniaturę. Następne kolejne zdjęcia wywołujemy przez kliknięcie prawego klawisza ze strzałką (lub lewego jeżeli chcemy przesuwać do tyłu) lub klikając strzałki widoczne pod zdjęciem.
Wszystkie zdjęcia i teksty prezentowane na tych stronach chronione są prawem autorskim. Ich kopiowanie, wykorzystywanie i publikowanie bez zgody autora jest zabronione.
Kolorem zielonym zaznaczono linki do innej strony. Wystarczy kliknąć, aby się z nią połączyć.